Trochę o książkach
“Zawsze wiedział, że jest inny. Na przykład bardziej posiniaczony. Aż raz stanął przed nim ojciec (a sięgał mu do pasa) i powiedział, że Marchewa naprawdę nie jest – jak zawsze wierzył – krasnoludem.
To straszne, w wieku prawie szesnastu lat odkryć, że należy się do niewłaściwego gatunku.
- Nie chcieliśmy ci wcześniej mówić, synu – rzekł ojciec. – Mieliśmy nadzieję, że z tego wyrośniesz.
- Z czego wyrosnę? – zdziwił się Marchewa.
- Z rośnięcia.”“- Jesteście krasnoludami! – powiedział. – Krasnoludy nie powinny sę tak zachowywać! Popatrzcie na siebie! Jak wam nie wstyd!
Setka twardych szczęk opadła zgodnie.
_ Tylko popatrzcie. – Marchewa pokręcił głową. – Wyobraźcie sobie wasze biedne, siwobrode matki, pracujące ciężko w wąskich tunelach, jak się zastanawiają, co ich synowie porabiają dziś wieczorem? Wyobraźcie sobie, co by pomyślały, gdyby was teraz zobaczyły. Wasze ukochane matki, które pierwsze was uczyły, jak trzymać kilof…”“- Szukam… – oznajmiła postać z rozmarzeniem – słowa. Mam na końcu języka.
- Pypeć? – podpowiedział Gardło.
I natychmaist odzyskał handlowe zmysły.
- Po takich przeżyciach – dodał, podsuwając postaci tacę z taką ilością zutylizowanych szczątków organicznych, że była już prawie świadoma – przyda się panu gorący pasztecik…
- Nienienie… To nie pypeć. Takie coś, co się mówi, kiedy człowiekcoś odkryje. Biegnie się po ulicy i krzyczy… – gorączkowo tłumaczyła osmalona postać. – Takie specjalne słowo… – dodała, marszcząc czoło pod warstwą sadzy.
Tłumek niechętnie pogodził się z faktem, że więcej wybuchów nie będzie; teraz otoczył osmalonego alchemika. Widowisko mogło się okazać równie zajmujące.
- Tak, zgadza się – oświadczył starszy mężczyzna, nabijając fajkę. – Krzyczy się “Pożar! Pożar”. – Był wyraźnie dumny z siebie.”“Któryś z krasnoludów niepewnie podniósł ręke.
- Mozna?
- Słucham?
- Dlaczego właściwie ruchome obrazki pana Dibblera zawsze mają w tle świat ogarnięty szaleństwem?
Soll zmrużył oczy.
- Ponieważ pan Dibbler – warknął – jest człowiekeim bardzo spostrzegawczym.”
Kolejne dwa ‘pratchett’y’ za mną – Straż! Straż! i Ruchome Obrazki. Pierwsza pozycja zdecydowanie zabawniejsza, druga umiarkowanie ale do przyjęcia ^^. Marcin mówi, że wg niego Piramidy były najzabawniejsze ale ja bym podyskutowała czy czasem Straż!Straż!
W Strazy! poznajemy Marchewę, chłopca z gatunku >ludzie< wychowanego przez krasnoludy. Przybrani rodzice, po tym jak syn zaczyna zdradzać zainteresowanie płcią przeciwną, wysyłają swoję pociechę między ’swoich’. Konkretnie do Ankh-Morpork. W Ruchomych Obrazkach zaś, alchemicy odkrywają oktocelulozę a co za tym idzie – nową formę rozrywki. W świętym Gaju, zwanym też Holly Wood, wyrasta miasto jakiego jeszcze Świat Dysku nie widział…
“Nik przedstawił Scarlett swym innym przyjaciołom. Fakt, że ich nie widziała, nie miał znaczenia. Rodzice powiedzieli jej już stanowczo, Ze Nik to wymyślony chłopiec i że nie ma w tym nic złego – przez kilka dni matka upierała się nawet, by podczas kolacji przygotować dla niego dodatkowe nakrycie – toteż zupełnie jej nie zdziwiło, że Nik również ma wymyślonych przyjaciół. Powtarzał jej ich komentarze.
- Bartelmy mówi, że liczko masz rumiane jakoby świeża śliwka – rzekł.
-Naprawdę? A czemu mówi tak śmiesznie? I chyba raczej pomidor.”
Księga cmentarna Neil’a Gaiman’a – łatwa i przyjemna – o chłopcu wychowanym na cmentarzu ^^ łezka szczęścia. Jęsli ktoś lubił Nightmare before Christmas i Gnijącą Pannę Młodą – to powinien to przeczytać i już ^^ ten specyficzny nastrój. Mimowolnie, w umyśle mym słyszałam melodie rodem z Edwarda Nożycorękiego czy wspomnianych wyżej filmów.
Diuna – Dzihad Butleriański Brian’a Herberta i Kevin’a Andersona. Cegłówka w przenośni i rzeczywistości. Po 1/4 przestał mnie w końcu denerwować kwiecisty styl pisania i skupiłam się na treści. Kwiecisty styl czyli:
“Salusa Secundus zawieszony był w pustkowiach kosmosu niczym wysadzany drogocennymi kamieniami klejnot. Była to oaza zasobów mineralnych i żyznych pól spokojna i miła dla sensorów optycznych.”
“Nie mógł jednak się rozczulać nad sobą, kiedy wielu innych straciło dużo więcej. Po napaści cymeków zdołano utrzymać go przy życiu tylko dzięki heroicznym wysiłkom saluskiego zespołu medycznego. W szpitalu odwiedziła go Serena Butler ale pamiętał ją jak przez mgłę, będącą skutkiem bólu oraz działania leków i systemów podtrzymujących czynności życiowe. Podczas niezwykłego zabiegu przeszczepiono Xavierowi oba płuca a zdrowych narządów dostarczył tajemniczy Tlulaxanin. Wiedział że Serena energicznie współpracowała ze świetnymi chirurgami wojskowymi i tlulaxańskim handlarzem narządów Tukiem Keedairem, by zrobiono wszystko co niezbędne.”
Co w stylu pisania zgrzytało i miemal przeszkadzało czytać. Wszyscy niamal pochodzili z arystokratycznych rodów, byli piękni szlachetni itp… no ile można. Cały czas czekałam na wybuch powstania a jak w końcu się doczekałam (w dalekiej części książki) to jakoś tak… spłynął po mnie. Tylko dla miłośników/sympatyków sagi Diuny. I zdecydowanie nie można od tego zaczynać czytania całego cyklu.
I na koniec Zasady Walki Elizabeth Moon. Gatunek – sf. Druga książka z cyklu ale znajomość pierwszej nie jest niezbędna. Niestety znowu denerwujący styl pisania + kwadratowe dialogi. Główna bohaterka to dziedziczka klanu opiekająca się planetą Altiplano – Oblubienicy Ziemi. Jej ukochany pochodzi ze znanego rodu wojskowych Serrano (babka admirał ciotka też na stanowisku itp). Trzecia głowna osoba to córka Pierwszego Mówcy Wielkiej Rady najpotężniejszego człowieka w Familiach Regnant… a że przeczytałam to zaraz po Dżihadzie to wysko urodzonych miałam po uszy… Ciekawy koncept planety czy raczej jej regionu, gdziej panuje fanatyzm i terror religijny. Dlatego przebrnęłam przez książkę



