Ciepło
Nadeszły w końcu naprawdę ciepłe dni… zebraliśmy się i pojechaliśmy nad Morze Północne – a dokładnie rzecz biorąc na wyspę Rømø. Standardowo zbłądziliśmy w okolicach Ribe – zawsze na tamtejszym rondzie z uporem maniaka skręcamy na północ, choć powinniśmy dokładnie odwrotnie. Tym razem zaopatrzeni w mapę, którą kupiliśmy parę miesięcy wcześniej przy próbie dojechania na Rømø
zawróciliśmy już po paru minutach.
Rømø – popularne miejsc plażowania, gdzie możesz się rozłożyć obok połowy Schleswig’u i gdzie możesz do woli ćwiczyć niemiecki
Niemcy uwielbiają tu przyjeżdżać, bo wjazd bezpłatny, przyjemne miejsce, można zabrać psa, pobiegać topless, rozbić namiot i takie tam. Nad piaskami powiewają latawce. Najszersza plaża jaką widziałam i na którą możesz wjechać samochodem. Istnieją jednak haczyki:
- Morze się oddala i przybliża w tempie dość szybkim. Jeśli jest odpływ to pół biedy. Najwyżej masz później dalej do morza. Znacznie gorzej, jeśli zaparkowałeś przy linii morza i poszedłeś na długi spacer – ryzykujesz podlanie samochodziku
- Nie wszędzie piasek jest ubity – możesz się łatwo zakopać
Mając obraz przypływu zeszłego roku, zostawiliśmy samochód w połowie plaży. Po drodze jednak udało nam się zaboksować kołami. Usłużny pan w pick up’iejuż kierował się w naszą stronę (za to przyjemność płaci się podobno około 800 kr / 400 zł :O ) ale wystarczyło, że ja i Ilona wyszłyśmy ze samochodu a Marcin włączył wsteczny i było po sprawie. Rozłożyliśmy się w drugiej linii wylegujących się – zaraz za przeoraną kołami linią, idąc tropem mojej logiki, że kierowcy widząc takie bruzdy, powinni omijać takie miejsca… moja logika błądzi czasami i tak było w tym przypadku. Mieliśmy niepowtarzalny widok na zakopujące się samochody… i podjeżdżające pick up’y wypisujące rachuneczek. Jedno co nas uderzyło, że kiedy Niemcy się zakopali, wszyscy obserwowali a kiedy Duńczycy – młode Duny rzuciły się na pomoc… na koniec dnia postanowaliśmy spełnić dobry uczynek i pomogliśmy wypchnąć samochód -człowiek tak się lepiej czuje
Na Rømø pod palcami do dyspozycji milusi drobny piaseczek, jednak trzeba uważać na liczne muszelki, które potrafią się wbić w stópkę. Brodząc trzeba zaś uważać na meduzy i kraby. Takie życie. Można też daleko zapuścić się w morze brodząc. Duńczycy jedna ostrzegają, bo Morze Północne jest podobno zdradliwe i niejeden Niemiec skończył tragicznie.
Woda przy brzegu była mocno nagrzana. Spędziliśmy troszkę czasu brodząc i szukając co ciekawszych skabów
Wypróbowaliśmy głośniczki do Stone’a – działają
Krem z filtrem, który kupiłam zadziałal na tyle dobrze, że jedynym fragmentem, który opaliliśmy, były moje pleccy – po prostu nie były posmarowane…
Poobserwowaliśmy także Polaków, którzy zajechali takim mesiem, że ho ho… zawsze mnie bawi, jak niektórzy ‘chronia’ swoje dzieci. Skoro przyjechali juz nad morze – to trzeba było wziąść ten krem z filtrem 50 albo specjalne ubranka dla dzieci na plażę – a nie chowac się z dzieciakiem w samochodzie… Mają mesia to i na parasol przeciwsłoneczny powinno starczyć… eh… szkoda słów…
Nasępnego dnia pojechaliśmy już nad Morze Bałtyckie – konkretnie nad cieśninę Lillebælt / Mały Bełt. Próbowaliśmy najpierw dostać się na plaże w Kolding, ale nie znaleźliśmy miejsca parkingowego, więc pojechaliśmy za miasto. Tu plaża już wąziutka, żeby nie powiedzieć mikroskopijna, do tego pokryta wodorostami i nieco kamienista. Jakby nie było dość, zaczął wiać zimny wiatr, więc szybko się zwineliśmy
Ostatnio było troszkę przedłużonych weekendów, więć w czasie wolnym zrobiłam swoje pierwsze w życiu sushi – lepiej późno niż wcale. Z ogóreczkem i wędzonym łososiem, tak na spróbunek. Była też wersja dla Marcina – z brązowym ryżem. Nawet można się tym najeść, o dziwo.
Jeszcze przed Ilony wyjazdem do Polski, zdąrzyłyśmy zahaczyć o Geografisk Have – ogród zoo-botaniczny w Kolding. Przyjemne, dość spore miejsce, gdzie można spędzić parę godzin, zrobić piknik. Jednak aby zobaczyć ogród w pełnej krasie, będziemy musiały się tu wybrać tak w drugej połowie czerwca. Taki ogród różany był jeszcze niemal łysy… Magnolie miały dopiero pąki. Dopisywały za to japońskie rododendrony. Niestety popłakałam się. Popłakuje sobie zawsze od czasu do czasu ale w tym roku jest to nie do zniesienia. Muszę to w końcu przyznać – jestem alergikiem. Nie kicham, nie duszę się, tylko płaczę… Podobno w tym roku dolegliwości alergiczne są wzmożone, bo praktycznie nie padało w Danii przez cały maj. Pyłki nie zostały spłukane. Obiecuje sobie kupić medykament ale jakoś do apteki dojść nie mogę…
Patrz Galeria



