Posts Tagged ‘praca’

Wrzesień

niedziela, Październik 26th, 2008

Wrzesień upłynął mi pod znakiem usilnych prób pt. “Co oni tam do mnie mówią w tej pracy?” – słowem się nie odezwałam po angielsku, co może było błędem parę razy, ale mam nadzieję, że w końcu to da jakieś efekty.

Trochę się czuję nabita w butelkę, bo już w drugim tygodniu dowiedziałam się, że popołudniowa zmiana będzie co drugi tydzień rozdzielana na dwie pozostałe. Ja, jako nowa, zostałam zapytana co bym wolała ale oczywiście z naciskiem na nockę :)   Ale nie jest źle. Średnia wiekowa nocnej zmiany jest o wiele niższa od popołudniowej, jest parę emigrantów lub dzieci emigrantów (już tu wychowane ale nadal bardziej otwarte niż przeciętny Duńczyk).  Także nocna zmiana może być, problemów większych ze spaniem za dnia nie mam – ale za to problem ze zebraniem się do szkoły na 8.oo rano jest… czasem się udaje, czasem nie…

W ramach promocji Legolandu, byliśmy tam jeszcze raz – tym razem z Janką , Per’em i Michałem. Niestety, juz nieco za zimno było – coś cieplejszego na sobie dobrze było mieć. Ciesze się, że w ostatniej chwili założyłam kurteczkę na polarze. I na jakiś czas Legoland mam opatrzony – zobaczyłam to, co poprzedni raz nie dałam rady i starczy.

Patrz –> Galeria

Chyba nie pisałam – oznaczenie DNA Borrelia burgdorferi sensu lato – badanie Real-Time PCR – wynik negatywny… uff… choć oczywiście nie oznacza to, że kiedyś nie zachoruje. Kto wie, może bakteria gdzieś się dobrze czai.  Może nie zostałam zarażona – właściwie to nie wiadomo, jaka ilość jest potrzebna. Może mój organizm zwalczył. 100 % pewnośco nie mam. Co jakiś czas będe powtarzać badanie. Dmuchać na zimne i nie dać organizmowi się mocno osłabić.

Starzejemy się… oglądamy Twin Peaks. Leci na duńskim kanale (jak dobrze, że firmy i seriale lecą tylko z podpisami). Aż taka łezka szczęścia ^^ Na pozór niby cukierkowe miasteczko a każdy ma coś za uszami, mistyka, przykładny Kyle MacLachlan jako agent Dale Cooper, Duchovny jako tranwestyta czyli agent Dennis / Denise, sam David Lynch jako agent Gordon Cole (co ja o tych agentach?), inny styl ubierania, jeszcze nie dominowały kobiety wieszaki, melodie które chyba każdy zna, no i ten szczególny klimat… łezka szczęścia.

“Wódki nie pije. Na co dzień.”

środa, Czerwiec 18th, 2008

Moje krople do oczu na alergię są takie sobie. Na szczęście:
- drzewa przestały pylić,
- padało.

A więc nie płacze już rzewnymi łzami.

Przyjazd Ilony, Michała i Magdy nieco się opóźnił. Dokładnie o dwadzieścia cztery godziny. Kierowca zapomniał podjechać na przystanek koło Dworca Miasto. Oprócz nich, jeszcze jedna osoba poszła z  powrotem do domu. Interwencja następnego dnia poskutkowała.  Przyjechali. Dobrze, że kierowca nie zapomniał przyjść do pracy.
Przyjechali w upały. Pod sam ich koniec, kiedy nasze poddasze zdążyło się solidnie nagrzać.
Przyjazd jeden dzień później omal nie skończył się nie załatwieniem sprawy przez Magdę. Ale koniec końców,  kontrakt podpisany i otrzymany (Madzia ma już za sobą założenie pierwszych spodni na wieszak w Steam Line, podobnie jak pierwszą wywrotkę vogn’a na zakręcie :P ) , dokumenty złożone (i tu oklaski dla Marcina).

Dowiedzieliśmy się, że z dniem 1 maja przepisy się nieco zmieniły. Jeśli obywatel nowych krajów członkowskich UE (Bułgaria, Łotwa, Estonia, Litwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Czechy i Węgry) chce się zatrudnić u pracodawcy, który jest członkiem któregoś ze związków zawodowych – nie idzie już do Urzędu Emigracyjnego / Policji  ale do czegoś, co nazywa się Statsforvaltningerne i tam składa osobiście podanie. Tam też trzeba się zgłosić po roku, po przedłużenie pozwolenia – to np mój przypadek. Dowiedziałam się o tym od Urzędu Emigracyjnego, po tym jak złożyłam do nich podanie jakieś trzy tygodnie temu… a czas leci… jestem umówiona na wtorek w Ribe.

Trzeba było oprowadzić koło zamku – a że dawno nie byłyśmy tam z Iloną, więc nawet się zwlokłyśmy :P Przyjazd Madzi pod znakiem serów wszelakich, z naciskiem na Brie. Nie spodziewałam się, że tak szybko zawitamy znów do Geografisk Have – ale akurat był tam targ – więc nie było innej rady… ja z Marcinem wróciliśmy z dwoma owadożernymi roślinami (Sarracenia alata i Dionea muscipula). Jeszcze stoją – dostają ogromne ilości wody, więc może moja trzecia w życiu rosiczka utrzyma się przy życiu. Nie ma też Fufy, która mogłaby się zajadać witaminkami z tej roślinki…

Patrz Galeria –>

Lejrskov opróżnione. Pojawiła się wywieszka ‘Na sprzedanie / til salg’. Puste ściany i ostatnie wykopywanie roślin z ogródka. A ceny domów ostatnio spadły. A jeszcze do tego, temu domu przydałby się porządny remont.
Przy okazji, wszystkim dostało się pare mebli :)

Ciemno się robi około 23.00. Łunę od słońca widać jeszcze pół godziny później. Wciąż dla mnie to na swój sposób fascynujące.

Nieśmiała wiosna

niedziela, Kwiecień 27th, 2008

I tak kwiecień powolutku się toczył… Przerzucona do Prime Cargo, przeżyłam mały szok. Ci ludzie połowę czasu zużywają na ploty, babulenie o niczym, chodzenie na kawę i do ubikacji itp… ha! Żyć nie umierać generalnie… I jeszcze nieco więcej kasy zostają. Zostały mi jeszcze dwa tygodnie, ale spytam się czy nie mogę się tam poszwendać nieco dłużej…

Byliśmy w Brørup – Janka miała urodziny, co oczywiście umknęło z głowy Marcinowi. Dobrze, że chociaż mieliśmy te wszystkie sole i olejki do kąpieli o które prosiła, żeby kupić… to chociaż z pustymi rękoma nie pojechaliśmy… sieroty. Budowa zbliża się ku końcowi, właściwie została wykończeniówka, a i ta już w połowie zrobiona. Niezapomnianym hasłem zostanie sentencja jednego z budowlańców: “To nie drożdżówka, k***a, ale dobra.

Wybraliśmy się też do Vejle, miasta jakieś pół godziny autostradą od Kolding. Dostaliśmy ulotkę informującą, że w Vejle otwiera się nowy sklep Merlin (ze sprzętem elektronicznym, DVD, grami itp). Wypatrzyliśmy płaski monitor LG 21 calowy… taniocha jakich mało. Do tego chcieliśmy obejrzeć laptopy.

A więc niedziela rano zbiórka, by na 10.00 rano być w sklepie. Mapka wydrukowana. Dojechaliśmy na czas. I nas zgięło na miejscu. Owszem, otworzył się nowy Merlin – ale… w równie nowym centrum handlowym. Przyjechaliśmy na otwarcie centrum handlowego! Na ulotce Merlina nie było takowej informacji… Aaa! Ochrona i policja, tłum ludzi (w tym wózki inwalidzkie, dzieci w wózkach, na ręku, przy nodze itp…), orkiestra, balony, serpentyny… gdybyśmy wiedzieli, nosa byśmy nie wystawili tego dnia. Ale skoro wjechaliśmy już na parking… Wyszliśmy, znaleźliśmy Merlina w gąszczu sklepów – i znaleźliśmy baaaardzo długą kolejkę do tego sklepu. Jedna osoba wychodziła ze sklepu, to ochrona wpuszczała do środka jedną osobę. Westchnęliśmy ciężko. Oczywiście promocyjnych monitorów była określona ilość. Nie dawaliśmy sobie dużych szans, więc postanowiliśmy wydostać się z stamtąt i pospacerować przez centrum Vejle. Tak też zrobiliśmy, wypuszczeni przez ochronę odsuwaną barierką…

Przeszliśmy się dość sporym deptakiem w tą i z powrotem. Westchnęliśmy ponownie – trzeba wejść do centrum, bo dwu czy trzy-poziomowy parking znajduje się nad. Znowu minęliśmy Merlina. Wydawało nam się, że kolejka zmalała ale to było złudzenie… pan w barwach Merlina, z elegancką muszką zamiast krawata, chodził wzdłuż kolejki i informował, które promocje są już wykupione i nieaktualne. To nawet miłe i zaoszczędziło nam czasu. Przedarliśmy się do samochodu.

Za parę dni pojechaliśmy do sklepu w Kolding, i choć nie po takich promocjach, to i tak udało nam się kupić 22 calowego LG i kompa stacjonarnego po przyzwoitych cenach. Teraz stoją już dwa kompy – ha! Vista (60 dniowa) postała dokładnie trzy dni i zrozpaczeni szybko zainstalowaliśmy Ubuntu. Niestety nie wszystkie opcje na Ubuntu 64 są dostępne… taki flash player najnowszy czy obsługa połączeń video… no ale za to internet śmiga.

W ramach: “Gdzie tu można pójść na spacer w Kolding?” wybrałyśmy sie do przystani. Wycieczka 20-30 minut w jedna stronę. Może być :) Bo ile można obchodzić i oglądać zamek 5 minut drogi od nas?

Patrz Galeria –>

Początek 2008 roku

niedziela, Kwiecień 13th, 2008

Styczeń minął pod znakiem pracy – w SteamLine było zajęte, zdarzyło się pójść w sobotę do pracy… to także poznawanie nowych ludzi tamże przez Ilonkę. To też miesiąc dzikich rajdów po sklepach odzieżowych. Pod koniec miesiąca sklepy atakowały promocjami na każdym metrze normalnie! A że mieszkamy w centrum… Ten miesiąc może podsumować moja wypowiedź: No co – w tym tygodniu kupiłam tylko t-shirta!
Luty był też zabiegany, ale inaczej – w każdy weekend coś: a to urodziny Hansa, to jakaś okazja na proszoną kolację u Janki, urodziny Christine, a to firmowe wyjście do kina i na drinka :) i się kręciło. To także ostateczne wyrzucenie dwóch bardzo gadatliwych osób ze SteamLine.
Marzec to już myśli o przyjeździe do Polski. Aczkolwiek po drodze trza było zwizytować postępy na budowie u Janki – już same roboty wewnątrz. Udało się także wyskoczyć z Wayne’m na pogaduchy na miasto – znalazłyśmy knajpę, gdzie wszystko nie jest doszorowane, nie jest metalowo-plastikowe, halogeny nie czają się co metr, słowem, tak swojsko… W końcu zrewanzowlismy się kolacją Jance i Per’i.

Patrz galeria –>

Przyjazd Ilonki w listopadzie

niedziela, Marzec 16th, 2008

W drugim (chyba) tygodniu listopada przyjechała do nas Ilona. Podpisać papiery na pracę w SteamLine – co trzeba zrobić osobiście na policji.Pobyt się troszkę przedłużył:

- najpierw nie było szefa, który musiał się podpisać (trzy dni);

- potem czekaliśmy na kontrakt, który zapomniał dać nam Thomas (kolejne parę dni);

- czekanie do określonego dnia, bo wydział dla obcokrajowców na policji w Kolding działa trzy razy w tygodniu po dwie godziny;

- robienie nowych zdjęć, bo te które miała Ilona nie odpowiadały normom…

I tak pobyt z planowanych dwóch tygodni przerodził się w miesiąc… ja z Marcinem pracowałam i Ilut uwięziony na wsi – mieszkaliśmy u Egona jeszcze :] Ale troszkę doświadczenia w jeździe samochodem złapała, rozwożąc nas do pracy. Sister był także świadkiem głównej części przeprowadzki do Kolding.

Najsmutniejsza część przeprowadzki to ta, że Fufer musiał zostać u Egona. Na nowym mieszkaniu nie wolno nam trzymać zwierząt. Egon przywiązał się na swój sposób do kotów a następczyni powiedziała, że się kotem zajmie. Marcin kiedyś był tam, i coś w paski mignęło mu za plecami nowej lokatorki. Fufer nawet nie podszedł się powitać…

Patrz galeria  ––»

statystyka