Wiosna
Sezon w SteamLine się definitywnie skończył – Ilona ma więc przymusową przerwę w pracy. Pewnego dnia oświadczyła, że tak długo tu jest a jeszcze nie widziała morza… co mogliśmy zrobić? Wsiedliśmy w samochód i wywieźliśmy nad Bałtyk. Plaże, przynajmniej tu w okolicy, są malusie, kamieniste, a piasek nie jest milusi, brzeg zarośnięty glonami… no ale spacerek można zrobić
Budowa w Brørup u Janki na ukończeniu. Już właściwie tylko wykończeniówka. Choć czasem bolesna – jak np przyspawanie schodów i niezabezpieczenie podłogi pod spodem, co daje w rezultacie wypalone kafelki… no bo robotnicy myśleli, zę jak położą plastikowe płachty, to wystarczy… ale generalnie dom ładny, bardzo dużo przestrzeni, ładnie rozmieszczone okna i świetliki. Pozostaje tylko kwestia, jak teraz to utrzymać…i pojawiają się pomysły :O
Zaraz na początku maja był targ w Kolding. Myślałam sobie, że coś fajnego, jakieś starocie do wytropienia czy ciekawostki – a tu właściwie tylko poszerzone wystawki sklepów na zewnątrz… no i pan na szczudłach i traktor na środku deptaka… bez komentarza. No dobra, Marcin wrócił z butami ale nie takie było założenie tego wyjścia…
Byłam na 10-leciu PrimeCargo. Firma rozrosła się do trzech terminali, teren wykupiony pod czwarty, wyodrębniona firma córka – SteamLine. Jak na ten okres czasu, to całkiem nieźle. W każdym razie mieliśmy zebrać się o 11.00 przed firmą. Nic nie było wiadomo co nas czeka, oprócz tego, że będziemy spędzać czas na zewnątrz i można wziąć lepszą bluzkę/koszulę na przebranie na wieczór.
Chwilkę po 11.00 podjechały trzy autobusy. Zapakowaliśmy się, kto chciał, mógł pojechać za autobusami swoim samochodem. Nikt nic naprawdę nie wiedział – żadnej ploteczki, żadnego przecieku… Zjechaliśmy na autostradę na północ – a więc nie Niemcy i nie wybrzeże zachodnie. Dalej skręt na Fredericie. A więc nie północ Jutlandii. Odense? Ja stawiałam na Kopenhagę. Przejazd mostem z półwyspu na Fionię…i niespodzianka, bo zaraz za Middelfart skręciliśmy na południe. Każdy nerwowo zastanawiał się – co tam może być na południe od tego miasta? Coraz bardziej zjeżdżaliśmy z głównych dróg, coraz mniej mówiące coś miejscowości, drogi coraz węższe – aż w końcu zajechaliśmy za jakiś dworek o dźwięcznej nazwie Brahesborg (bo to nawet wioska nie była, tylko taki kompleks budynków – przy dyżym zbliżeniu widać, że mapa precyzyjnie nie trafiła w to miejsce ale podążając na południe drogą natrafia się na zabudowania). Wysiedliśmy, dostaliśmy po sandwichu, owocku, piciu i cukierku. Poinformowano nas także, że będziemy robić pięć różnych rzeczy – lecieć helikopterem, jeździć LandRoverem, wziąć udział w zabawie śpiewano-ruchowej, strzelać i coś z robotami. Powiedziano nam też, gdzie można zostawić ewentualne zbędne rzeczy, więc poleciałam je zanieść. Jak już wróciłam, to wszyscy podzielili się na widoczne grupy, więc podeszłam do tej, w której były dwie sympatyczne babeczki, które poznałam troszkę lepiej przy okazji pracy w PrimeCargo. Jakieś dziesięć minut później zorientowałam się, że podział na grupy zależał od rodzaju słodyczka, który się wybrało. No cóż, nie przyznałam się, że jestem udawanym Twix’em :]
Moja grupa zaczęła do helikoptera. Trochę o minimum bezpieczeństwa, rozdzielenie na dwie maszyny i czekanie na swoją kolej. Wrażenie całkiem, całkiem. Po założeniu słuchawek wyciszających można było podziwiać widoczki, z których największe wrażenie robił widok morza – zieleń przy brzegu, w dole delikatna mgła, która zacierała granicę między wodą a niebem… mhhh…. ale nic co piękne nie trwa wiecznie. Potem były LandRovery. Przygotowana trasa – można było spróbować swoich sił w jechaniu pod kątem 45 stopniu bokiem i takie tam. Co prawda brak prawa jazdy nie przeszkadzał ale… ja nawet z ruszaniem mam problemy więc sobie podarowałam. Następna było szybkie szkolenie w tańczeniu, śpiewaniu i wystukiwaniu rytmu – a na koniec połączenie wszystkich elementów. Zabawa była przednia. Za to dwa następne czynności były takie sobie. Strzelanie – po minucie patrzenia na inne osoby wiedziałam, że to nie dla mnie. Bolące ramię po odrzucie upewniło mnie w tym. Żeby to było jeszcze strzelanie do tarczy – ale do wystrzeliwanego krążka nad polem? Zostawiam to dla innych… ostatnią czynnością było zabawa z robotami – właściwie robocikami zbudowanymi z klocków Lego z programatorem. Zadanie polegało na zaprogramowaniu robota, tak, aby przejechał po określonych polach na planszy, otworzył szczypce, złapał w nie piłeczkę i wywiózł ją poza plansze. Po pierwsze nie do końca zrozumiałam o co chodzi na początku (duński), po drugie były tylko 4 laptopy a 10 robotów, po trzecie na komputerach była Vista (oczywiście zawiesiła się na naszym laptopie, a restart trwał dłuuuuugo). Na koniec jeszcze wspólne śpiewanie i tańczenie wszystkich pięciu grup.
Nadszedł wieczór, większość się poprzebierała, szampanik, losowanie stołów, przemowa, teledysk zmontowany ze zdjęć czy fragmentów video z tego dnia, jedzonko, alkohol i tańce – to w skrócie następne sześć godzin. Po trzeciej w nocy byłam w domu…
A tak na koniec – jesteśmy w Danii już trzy lata… w końcu można powiedzieć, że stoimy pewnie na nogach :] różnie bywało… ale warto było przez to wszystko przejść.
Patrz Galeria



