Ślub cz. I
Ale zanim do tego dojdę…
Marek z Olą przyjechali w czwartek po południu – bez problemu. Ja wzięłam wolne, Marcin poszedł jeszcze do pracy. My w tym czasie dopadliśmy Wii wraz z standardową grą dołączaną do tej konsoli. Spróbowaliśmy wszystkiego: kręgli, tenisa, baseballa ale bezkonkurencyjnymi okazały się golf i boks… i robienie awatarów/mii. Wyszedł nasz kompletny brak kondycji – boks sprawił zadyszkę i bóle mieśni następnego dnia…
W piątek obchód po mieście, szybki skok do Bilki. Już na samym przydomowym parkingu zaczął padać tyci śnieżek… Marcin z Markiem napili się herbatki/kawy i ruszyli na lotnisko po Loczka – miała lądować o wpół do szóstej. Śnieżek przybrał na intensywności i wielkości. Zrobił się śniegiem. Marcin zadzwonił, że jadą bardzo wolno i że ma nadzieję, że uda im się dotrzeć na czas. Kazał sprawdzić, czy czasem lotniska nie zamknęli. Sprawdziłam. Zamknęli. Lot opóźniony. Śnieg pokrył szyby. Ola zasnęła… Tymczasem Madzia w końcu wylądowała – z pół godzinnym opóźnieniem. Cała trójka zjawiła się po 21… Do billundowego lotniska jedzie się nie całą godzinę w normalnych warunkach. Wpadli głodni, podziębieni i nieco mokrzy po przechodzeniu przez zaspy. Jutlandia zasypana… ja się tylko zastanawiałam, kto może nie dotrzeć na ślub… Madzia mówiła, że jak wsiadała w Londynie do samolotu, to tam było +15 stopni. Nikt się nie spodziewał już śniegu – parę dni wcześniej słyszałam ptasiory, tak wiosennie ćwierkające… a tu znowu zaspy…
Po kolacji ruszyło Wii – runda druga. Tym razem wszyscy wzięli udział. Walka była zażarta i poszliśmy spać tylko dlatego, że trzeba było rano wstać.
Wstałam po 7. Ruszyłam do łazienki – czesanie, malowanie, ubranie i właściwie przed 8 byłam gotowa. Sama się zszokowałam. Nerwy zaczęły mnie dopadać.
Marcin wyszedł pierwszy – odebrać bukiet od Janki. Zgodnie z tutejszym zwyczajem to pan młody kupuje pannie młodej bukiet i czeka z nim przed kościołem/ratuszem. Dobrze, że jacyś dobrzy ludzie po odśnieżali nieco chodniki. Śniegu co niemiara.
Weszliśmy do środka. Grzecznie zawiesiliśmy kurteczki w szatni. Pani skierowała nas do góry. Tam sobie przysiadłam na foteliku. Zdjęcia. Para przed nami wyszła. Wielki pan podchodzi do nas, pyta się o świadków. No to mówimy, że jest problem, bo jeden ze świadków nie dojechał z powodu śniegu. I tu Chrestena mnie wnerwiła. Nie pytając się nas o zdanie, głośno powiedziała, że może Ania zostanie zapasowym świadkiem. Nie maiłam nic przeciwko Ani, ale powtórzę, wypadało się nas zapytać, a ja miałam swojego zapasowego świadka w osobie Andrzeja. Dobrze, że ten człek jest jaki jest, i się nie obraził i przyjął to spokojnie. Nie omieszkam im to obydwom wypomnieć, jak będę miała kiedyś okazje je razem widzieć. I co, miałam przy tych wszystkich osobach powiedzieć >nie<?
Wracają do relacji, Wielki Pan otworzył drzwi. A za nimi – moje pierwsze skojarzenie – business meeting. Półkole stołów z krzesłami, wewnątrz mniejsze, na cztery i przed tym dwa krzesła dla nas oraz stół dla pani prowadzącej ceremonię. Przy stołach niewielkie lampki, notesik, miseczka? Wszyscy usiedli. Poranne światło wpadało przez wysokie okna. Pani miała bardzo miły i ciepły głos. Mówiła głośno i wyraźnie. Z pewnością nadaje się do tej roli. Powiedzieliśmy nasze >Yes, I do<. Marek podał obrączki. W momencie zakładania ktoś szarpie za drzwi – to Ilona z Volkerem wpadają
to się nazywa wejście
Jeszcze podpisy – mnie się tak trzęsła ręka, że nie mogłam utrzymać prosto długopisu. Aż odłożyłam bukiet na bok. To chyba jeden z najbardziej pokracznych podpisów w moim życiu. Nawet Wielki Pan się zaśmiał…
Jeszce zdjęcia i wyjście z sali. Gratulacje. Chwyciliśmy za kurtki. Wyszliśmy przed ratusz i dostaliśmy z… nie ryżu i nie pieniążków. Z nasion, bo lepsze dla ptaków. Cóż za praktyczność…




