Hiszpania – piatek i sobota

Grudzień 9th, 2009

Piątek

- długie spanie, śniadanie, plaża.

Tak ciepłej wody nigdy nie doświadczyłam. Wychodziłam z niej, bo oczy mnie szczypały od soli. I tylko dlatego :) Nie było głęboko, można było iść i iść. Bez kamieni na dnie, fale… cudownie…  szeroka, z drobnym piaseczkiem. Taka właśnie wakacyjna, czyli polecam - Playa Malvarrosa :)   Ciekawym odkryciem była kukurydza z grilla posypana solą. Pychotka :)

Wieczorem skierowaliśmy się w stronę centrum, mając nadzieje znaleźć El Carme – dzielnicę tętniącą życiem zwłaszcza w godzinach nocnych, jak gdzieś przeczytałam wcześniej na necie, a która nie była zaznaczona na mapie. Błąkaliśmy się błąkaliśmy ale jej nie znaleźliśmy. Znaleźliśmy jakiś łuk, pomniki, fontanny, majestatyczne budynki i wszędobylską paelle atakującą  turystów z wszystkim restauracji, kafejek i barów. Do tego dotarło do nas, że znajomość angielskiego nie jest tu powszechna. A mogłoby się wydawać, że takie wielkie miasto, turyści … a jednak nie. Jedyną nadzieją na angielski byli młodzi kelnerzy… I to nie zawsze. Do pasji doprowadzał mnie fakt, że widziałam jak tubylcy zajadali różności a nam podsuwano karty z paellami i nie było sposobu by powiedzieć, że chciałam coś innego niż paella lub tapas (zakąski, przekąski). Po powrocie do Danii doczytałam, że paella pochodzi z Walencji – pewnie  dlatego też katują nią turystów… Tamtego wieczoru poprzestaliśmy na San Miguel (piwo) i kawie w mikro szklaneczce to tu, to tam… na znak protestu.

Jeszcze jedna sprawa – mleko. Przez pierwsze dni zapijaliśmy się zimnym mlekiem. Miało smak, który przypominał mleko prosto od krowy. Nie mówię, że to zupełnie to samo, ale tamte z Walencji miało jego posmak. Przepyszne. Ciekawe, czy w całej Hiszpanii jest takie.

Sobota

- Oceanográfico, Hemisferic i jedzonko :)
Marcin od razu poszedł z nastawieniem, że będzie nudno. Ja tam poszłam optymistycznie nastawiona.

Oceanográfico – uważam, że przyzwoicie było. Nie jakoś tam super niezapomniane ale przyjemnie. Jeśli ktoś lubi patrzyć sobie na rybki i stworzonka wszelakie wodne  :P tudzież ptasiory. Ja lubię od czasu do czasu. Nawet czasu mi na to zabrakło, bo musieliśmy się zbierać do kina na wieczór. Ładna aranżacja, nawet jakaś muzyka w tle leciało, co już było moim zdaniem zbędę. O wiele lepiej spędzony czas niż w Muzeum Nauki. Warto.
Hemisfèric – wspomniane wcześniej kino. Podobnie jak w przypadku muzeum i oceanarium, znowu prześwietlono nam torby i plecaki. Dano nam obręcze na głowę – myślałam, że to może rodzaj okularów ale okazało się to po prostu słuchawkami z możliwością przełączenia na angielski (na szczęście Ania zrozumiała z hiszpańskiego, że  jest taka możliwość i co trzeba nacisnąć, bo byśmy słuchali po hiszpańsku…). Wybraliśmy tajemnicę Egiptu – nic o Hiszpanii nie było… Spadek podłogi, na której osadzone były siedzenia, był dość ostry. Całość trwała około godziny i powiem – tak sobie. Nie było to kino 3D tylko obraz rozciągnięty na zakrzywioną powierzchnię, którą trudno było ogarnąć na raz. Powodowało to pewien dyskomfort, mój mózg nie wiedział jak to przetworzyć. Chwilami miałam wrażenie, że jestem za blisko obrazu – a miało chyba dać efekt bycia tuż “przed” albo “w” danym miejscu, co doświadczyłam może z dwa razy, potem oczy mnie rozbolały. Sam film taki sobie, w rodzaju National Geographic – w swoim czasie interesowałam się starożytnym Egiptem, więc rzadne z rewelacji przedstawionych tam, mną nie wstrząsnęły…

Wracając, wstąpiliśmy do restauracyjki, nazwy nie pamiętam tylko ulicę – Eduardo Bosca. Nie pamiętam też nazw tego, co zamówiliśmy, ale było przepyszne (np zapiekane ziemniaki w serze) i nie było to paellą :P Ania wzięła na konie deser, który był zrobiony na mleku/śmietanie tj  lody+śmietana+polewa – znakomite… i jeszcze do tego mówili po angielsku… łezka szczęścia.

Muzeum Nauki i paella

Listopad 23rd, 2009

Będąc w agencji wynajmu, daliśmy sobie wcisnąć wejściówki do ‘Miasta Sztuki i Nauki” / Ciudas de las Artes y las Ciencias / the City of the Arts and the Sciences. Piętnaście minut drogi. Gorąco.

Owe ‘miasto’ ma za cele rozpowszechnianie, zachęcanie, wspieranie promocji i rozwoju nauki, techniki, sztuki i wszystkich działaniach naukowych, kulturalnych, edukacyjnych, społecznych, środowiskowych, artystycznych lub innego tego rodzaju zaangażowania – tyle z oficjalnej strony.
Na pewno jest to coś, czymś miasto może się pochwalić. Zbudowane z rozmachem i lekkością, robi imponujące wrażenie. Zaprojektowane przez Santiago Calatrava i Félixa Candela, budowa ruszyła w sierpniu 1996 roku a inauguracja otwarcia nastąpiła w kwietniu 1998 poprzez L’Hemisfèric (kino/planetarium). Ostatni komponent Miasta Sztuki i Nauki miał miejsce wraz z oddaniem do użytku El Palau de les Arts Reina Sofía (opera) w 2005 roku.
Wstęp jest płatny do:
- Hemisfèric (kino, planetarium, pokazy laserowe) – zbudowany w kształcie oka, powierzchnia około 13.oo m²;
- Muzeum Nauki Księcia Filipa – interaktywne muzeum nauki mające przypominać szkielet dinozaura (no dobra, różne to może przywodzić skojarzenia, ale szkielet dinozaura?), 40.ooo m² na trzech poziomach;
- Oceanarium – otwarty park oceanograficzny, największy w Europie, 110.oo m² i 42 miliony wody, posiada 13 ekosystemów światowych mórz, budynek wejściowy został zbudowany w kształcie lilii wodnej;
Nie byliśmy, ani nic nie było napisane na temat biletów odnośnie
- L’Umbracle – krajobrazowy deptak z różnymi gatunkami roślin rdzennej w Walencji oraz rzeźbami współczesnych artystów (Miquel z Nawarry, Francesc Abbot, Yoko Ono i in.), dolne partie to parking dla samochodów osobowych i autobusów;
W skład Miasta Sztuki i Nauki wchodzi jeszcze :
- Pałac Sztuki Reina Sofía — opera i centrum sztuki, generalnie wszystko dedykowane jest tu muzyce i sztuce scenicznej, gigantyczna i najładniejsza konstrukcja, w kształcie owalu
- El Puente de l’Assut de l’Or — most łączący stronę południową z ulicą Menorca, którego filarem jest wysoki na 125 metrów i jest najwyższym punktem w mieście, naprawdę robi wrażenie, nam przypominał żagiel;
- L’Àgora — zakryty plac, gdzie odbywają się koncerty i sportowe wydarzenia (np Valencia Open 500);
- Wieże Walencji – w fazie projektu i budowy, trzy drapacze chmur (308, 266, 220 m).
Wrażenie, kiedy spogląda się na ‘miasto’, jest ogromne, poraża przede wszystkim lekkością, jakby zaprzeczało prawom fizyki, futurystyczne. Do tego ogromna powierzchnia wodna. Powala.

W tym dniu zaplanowaliśmy sobie Muzeum Nauki. Reklamuje się je jako “Muzeum 21-go wieku, gdzie można  poznać w sposób dydaktyczny, interaktywny i przyjemny zagadnienia z nauki i technologii”.  Podobnie jak na lotnisku, prześwietlono nam torby. Muzeum i jego zawartość nas nieco rozczarowała. Pomijajm dość duży tłok i kolejki co do niektórych eksperymentów i wystaw. Owszem, to było interaktywne i na pewno interesujące ale dla dzieci i młodych nastolatków. Wyjaśnienie niektórych zjawisk za pomocą postaci z Marvella. Dobry pomysł na spędzenie czasu w gronie rodzinnym. Niestety, zabrakło czegoś czysto dla dorosłych. Pomijam drugie, nudne piętro z dyplomami i życiorysami hiszpańskich wynalazców. Nawet ja, najbardziej entuzjastycznie nastawiona, poddałam się w połowie trzeciego poziomu… dodajmy do tego sklepiki z cenami godnymi duńskich.

Patrz −−› Galeria

Zwiedzanie tego przybytku zajęło nam krócej niż myśleliśmy. Uparłam się, że jest niedaleko do morza, więc fajnie by je było zobaczyć. Niedaleko może i było, ale do portu, który był odgrodzony. Więc szliśmy i szliśmy… Nawet zatrzymaliśmy się w wieżowcowym barze na wodę. Po bitej godzinie spaceru, ujrzeliśmy w  końcu deptak nadmorski. Ładny, szeroki, drobniusi piaseczek. Zapadła decyzja, ze na nazajutrz tam się rozkładamy. W międzyczasie zgłodnieliśmy. Chodziliśmy w tą i z powrotem wzdłuż knajpek. Wszędzie paella (ryż z dodatkami) i ryby. W końcu gdzieś usiedliśmy. Okazało się, że tylko jeden kelner mówił po angielsku. To znaczy używał ’simple English’ w wersji uproszczonej  :D   Był widocznie niezadowolony, bo w knajpie siedzieli tylko obcokrajowcy, więc tylko on usługiwał. Do tego Ania się na niego zeźliła, bo zaczynał mówić zawsze do Marcina - ‘A to męski szowinista’. Ja z Ania wzięłam jakąś paellę (zwykle trzeba do niej co najmniej dwóch) a Marcin, jako, że ryżu nie może, rybę z ziemniakami. Wszystko smakowało ok chociaż bez szału (ryż podbarwiony na żółto w oliwie + rozłożone na nim małże, duże krewetki – i cząstki kurczaka), ilość wyliczona bez dokładki… a rachunek podjechał z napojami prawie do 50 Euro. Moim zdaniem przepłacone no ale raz się żyje. W końcu na plaży koło hotelu-pałacyku.
Wróciliśmy taksówką. Te wychodziły dość tanio. Wróciliśmy przez centrum handlowe z Carrefourem, mając nadzieje na znalezienie żytniego chleba. Niestety nie. Pszenne bagietki w różnych rozmiarach, owszem, udźce wszelakiej wielkości, rozbudowany dział rybny. Marcin musiał się zadowolić soczewicą i makaronem razowym. W końcu dotarliśmy do domu, zmęczeni, na nic siły tego dnia już nie mieliśmy…

Hiszpania – La Tomatina

Listopad 22nd, 2009

Jak to się stało, ze pojechaliśmy z Anią na wakacje? Ania chciała na ‘tomat fest’ a my chcieliśmy do Hiszpanii. I tak padło na Walencję.

La Tomatina odbywa sie w miejscowości Buñol, niedaleko wspomnianej Walencji. Mnie jakoś pomysł obrzucania sie pomidorami szczególnie nie pociąga, ale jak to się mówi, raz się żyje. Usłyszałam, że odbywa się to w ostatnią środę sierpnia, przez godzinę od dwunastej. Na Wiki przeczytałam hasło ‘Buñol’ – niewiele tego, czy to po polsku czy po angielsku. W szczegóły się nie wdawałam a widząc zaaferowanie Ani pomyślałam, że to jej wyprawa, ja się dostosuje. Wzięłam tylko ciuchy do ubrudzenia się.
Będąc w agencji od wynajmu i odbierając klucze do mieszkania, zapytaliśmy jak najlepiej dostać sie do Buñol. Pani odpowiedziała, że najlepiej pociągiem i najpóźniej ruszyć o 10.oo rano. Tak tez zrobiliśmy. Nawet naklejki na podłodze były od kas :D Prowadziły najpierw do metra, bodajże był znak kiedy wysiąść i znowu naklejki do przystanku kolejowego. Trochę podejrzanie mało osób tj pozajmowane miejsca siedzące, niektórzy stali ale bez tłoku. Zapakowanie dokumentów i pieniędzy w plastikowe torebki. Dojazd zajął niecałą godzinę. Wysiadka. Wystarczyło udać się za tłumem. Dużo osób sprzedających gogle do pływania – kupiliśmy, bo nigdy nic nie wiadomo. Strasznie niewygodne,  jakaś taniocha :D Dziewczyna w kolorowych włosach biegnąc porwała gogle i zniknęła za zakrętem w tłumie.
Idziemy. Idziemy i idziemy. Stragany z koszulkami ‘La tomatina’. Odór rozkładających się pomidorów. Umorusani ludzie z naprzeciwka. Czy już się zaczęło? W jednym miejscu, tubylec stoi i polewa ludzi z węża ogrodowego. Przemykamy bez problemów – niektórzy sami się nadstawiają. Idziemy zaniepokojeni widokiem ludzi idących w przeciwnym kierunku, którzy mają resztki pomidorów we włosach, poplamione ubrania. Docieramy w końcu do rozgałęzienia uliczki, człowiek stoi obok człowieka, straszny tłok, aby sie przemieszczać dalej, trzeba się przepychać. Słychać hiszpański, angielski i francuski. Trochę niemieckiego.
Odór pomidorów. Wąska, długa uliczka, okna i witryny przykryte płytami paździerzowymi, siatki na wyższych piętrach, z okien i balkonów tutejsi leją wodę na tłum poniżej, przy krawężnikach płynie brudna woda. Latają nieliczne skórki pomidorów. Ale gdzie właściwe pomidory? Gdzie bitwa?
Stajemy pod ścianą jednego z domów i obserwujemy. Wygląda na to, że chyba się spóźniliśmy – tj, byliśmy ciut przed 12.00 ale wygląda na to,że bitwa już się odbyła. Teraz to przypada 10 osób na jedną biedną skórkę pomidora… latają za to nieliczne buty, koszulki… widać, że tłum ma niedosyt. Przepychamy się dalej. Doszliśmy do mostku. Rozrzedza się. Daje się normalnie chodzić. Wielu ludzi ma faktycznie resztki pomidorów na sobie, ale też wielu nie ruszeni… Tubylcy zaczynają rozstawiać małe grille i sprzedawać kiełbaski lub kanapki. Jak nic, przybyliśmy za późno. Ania zarzeka się, że miało być od 12.oo. Z wielu miejsc zaczyna rozlegać się głośno muzyka. Zapowiada się na ogólną, chaotyczną imprezę. Rozczarowani, wzruszając ramionami, ruszamy z powrotem ku stacji kolejowej. Wracamy kawałek inna drogą. Teraz dostrzegamy, że najwidoczniej w wielu samochodach nocowano i to parę nocy. Festyn chyba trwał od paru dni – pewnie bez obrzucania się ale imprezowanie na pewno.
Przed stacją dłuuuuuuga kolejka. Taka na godzinę na pewno. Ochrona wpuszcza. Proszę Anię o moje dokumenty i portfel, które dałam jej do plecaka i … załamka. Sięgam po jej plecak, wkładam rękę do środka i czuje, że jest rozcięty… fala gorąca – co ukradziono? Są moje rzeczy na przebranie (niepotrzebnie), Ani dokumenty, woda, i … brak mojej torebki z portfelem i komórką. Portfela z Visą, kartą ubezpieczeniową, biletem powrotnym do Walencji i nieco ponad 50 Euro… co robić? moja pierwsza myśl – policja. No dobra, i co oni zrobią? Spiszą dane i nara. Telefon – ma pani jakiś nr seryjny, cokolwiek? Druga myśl – zablokować Visę. To w takim razie musimy do Walencji, bo ani Ania ani Marcin nie wzięli telefonu.  Humor skopany na maksa. Początek wakacji… no pięknie.
Kolejka na stację. Strażnicy oprócz liczenia ludzi, nie wpuszczają ludzi bez koszulek. Ta musiała być, chociażby zrobiona z torby-reklamówki. W końcu się dostajemy. Kupuję bilet powrotny. Cisza w pociągu, no bo co powiedzieć? Że jestem zła na Anię? Bo plecak miała na plecach a nie przed sobą? Że jestem zła przede wszystkim na siebie? Bo dałam komuś moje rzeczy i oddaliłam troski na ten temat? Oddałam ważne rzeczy komuś, kto wychował się w Danii! Przecież mogłam zwrócić uwagę jak nosi ten plecak. I takie gdybanie… złość i złość. Nauczka bardzo gorzka – ważnych rzeczy pilnuje się samemu.
W końcu dotarliśmy do mieszkania. Dobrze, że wszyscy mamy ten sam bank, więc spisuje nr telefonu z karty Marcina. Telefon do banku z prośbą o natychmiastową blokadę karty. Wyjaśnienie sytuacji. Następny telefon do Telii o zablokowanie SIMu. Odetchnięcie. Całe szczęście, że umówiłam się z Marcinem, że ja płacę za mieszkanie a on ‘kieszonkowe’. Za mieszkanie zapłaciłam dzień wcześniej przy odbiorze kluczy. Ostatnia transakcja.

Tego dnia wybraliśmy się wieczorem do parku – pasa zieleni, który ciągnie się przez Walencję na ukos. Świetna sprawa. Na jednym jego krańcu Bioparc a na drugim Ciudas de las Artes y las Ciencias (the City of the Arts and the Sciences / Miasto Sztuki i Nauki). W tym zielonym pasie mieszczą się przeróżne boiska, place zabaw, letnie kino, ścieżki do biegania i dla rowerów, oczka wodne, fontanny + zieleń oczywiście. Ania raz po raz wzdychała, jak by to się przydało w Kopenhadze… Spoceni (ponad 30°), koło þółnocy wróciliśmy do mieszkania…

30 lat minęło …

Listopad 18th, 2009

Aga niedawno obchodziła swoją okrągłą rocznicę, mnie to czeka za miesiąc…

Dla mnie jest to czas refleksji… Co osiągnęliśmy i gdzie chcemy dalej pójść… kolejny zakręt w tak krótkim życiu.

Czy zmieniłbym coś patrząc wstecz? Tak, z pewnością wiele rzeczy można było zrobić lepiej. Lecz nie żałuję żadnej chwili, wszystko co do tej pory się wydarzyło uczyniło mnie człowiekiem takim jakim jestem.

Moje ostatnie odkrycie muzyczne przy którym pogrążam się w refleksji:


Frycek

Hiszpania – przyjazd

Październik 25th, 2009

Czas coś napisac na ten temet, bo to juz  z 1,5 miesiąca upłynęło od powrotu…

Nie przepadamy za wyprawami do Kopenhagi pociągiem, w godzinach nocnych. Wyjazd z Zelandii na półwysep (lub odwrotnie) to istna szkoła cierpliwości, bo takowe kursy są bardzo nieliczne. Do tego Kolding… niemal pewna przesiadka i długie oczekiwanie we Frederycji. Także jak do nas dotarło, że odlatujemy z Kopenhagi a nie z Billund, włosy się nam zjeżyły. Przeczucia nas nie myliły. By dostać się na 7.45 na odprawę, musieliśmy pojechać do Ani do Odense wieczór wcześniej, przespać się parę godzin i na 4.00 ruszyć na pociąg. Druga opcja to wyjechać z Kolding przed 23.00 i gdzieś na stacjach poczekać sobie… i tej opcji podziękowaliśmy.

Na szczęście sama podróż pociągiem potrwała bez problemów. Podjechaliśmy pod same lotnisko. W dobrych humorach i zachęcenie przez obsługę lotniska postanowiliśmy częsciowo sami się ‘check in’, co skończyło się tym, że wszystkie naklejki na bagaże były na moje nazwisko (na szczęście nie było z tym problemu) i dość losowo zarezerwowaliśmy sobie miejsca w samolotach :)

Pierwsza część podróży, z Kopenhagi do Monachium, upłynęła szybko. Lufthansa była na czas, kanapki i picie wręczone, wysiadka. Tak neutralnie. obsługi nie potrafię sobie przypomnieć. Za to druga część z SpainAir, z Monachium do Walencji, została bardziej przez nas zapamiętana. Spóźniony odlot, samolot nie pierwszej młodości; nie sprawne siedzenia; ponad 80% paseżerów stanowili Hiszpanie nie krępujący się rozmawiać głośno;  stewardesy mówiące angielskim z hiszpańskim akcentem, co zmuszało nas do pewnego skupienie się (to już po angielsku? kto co zrozumiał?) i powinno zbudzić w nas pewne podejrzenie (ale nie wzbudziło, ale wrócę do tego później). Marcin dostał jedno z niedziałających miejsc, i muszę przyznać, że przesadzono nie tylko jego, ale i mnie i Anie, byśmy mogli razem siedzieć – to miłe :)   Wylądowaliśmy cało i zdrowo, bagaże odebraliśmy o wiele szybciej niż w Grecji, co napawało pewnym zdumieniem w tym chaosie :)

Psychicznie przygotowałam się na atak gorąca i wilgoci, ale szoku nie było. Pomaszerowaliśmy do punktu informacyjnego, dostaliśmy mapę (która stała się nieodłącznym towarzyszem) i informację jak dotrzeć do obrzeża centrum, gdzie mieliśmy odebrać klucze do mieszkania + zostaliśmy popchnięci w stronę metro. Nawet wysiedliśmy gdzie trzeba. Potem zaczeły się schody, i maszerowaliśmy w tą i spowrotem wzdłuż pewnej ulicy. Z bagażami i w strojach z Danii w 35 stopniach :) No ale znaleźliśmy agencję przed czasem jej otwarcia (tylko 16-18) i zasiedliśmy w jakimś malusim pobliskim barze. Pani obsługująca starsza, po angielsku nie mówiła ale Ania przypomniała sobie jak jest trzy i woda po hiszpańsku. Na nasze wielkie szczęście miała hiszpański przez jakiś czas w szkole…  Zachęceni afiszem zamówiliśmy tortilla patata i tortilla espinacas – co miało być, wg przeczytanych informacji na sieci, omletem ziemniaczanym i omletem ziemniaczanym ze szpinakiem. Karfofle i szpinak były. W średniej długości bagietce… czyli niezjadalne dla Marcina. Ania przypomniała sobie jak jest chleb po hiszpańsku. A my nauczyliśmy się, że jeśli chodzi i tortille, to trzeba się dopytać czy nie wersja bagietkowa…

Odebraliśmy klucze (zmieniono nam zakwaterowanie z przyczyn technicznych – cokolwiek to oznaczało – mieliśmy byc koło plaży a wypadło na pomiędzy plażą a centrum z tendencją ku centrum ), wsiadliśmy w taksę, pokazaliśmy panu na mapie gdzie chcemy (dobrze, że ta kobita w agencji zaaznaczyła kółkiem na mapie wcześniej) i byliśmy na miejscu. Mieszkanie mieściło się przy jednej z głównej ulic prowadzących do morza. Budynek siedmiopiętrowy i wąski, z podwyższonym parterem, gdzie mieścił sie sklep. Samo mieszkanie – prześliczne. I stanowczo za wielkie dla nas, bo mogło pomieścić 7 osób (zamawialiśmy mniejsze). Mieszkanie miało szerokość długości pokoju dziennego, czyli było wąskie ale za to  dłuuuuuuuugaśne, bo łazienka, kuchnia i 4 sypialnie wychodziły z przedpokoju tylko na prawą stronę. Okna tych pomieszczeń wychodziły na niewielkie zamkniete dziedzińce. Tylko pokój dzienny wychodził na ulicę. Ponieważ wąskich budynków było wiele, więc mogę sądzić, że taki styl budowania.

Tego dnia jeszcze znaleźliśmy super-sam o nazwie Consum :) , zakupy (np próżniowo zapakowana tortilla ziemniaczana :P ) – kasjer nie mówił po angielsku ale na szczęście od czego są ekraniki;  rozpakowaliśmy się i padliśmy…

statystyka