Ślub cz. I

Kwiecień 19th, 2010

Aga i Marcin I powiedzieliśmy sobie TAK :)

Ale zanim do tego dojdę…

Marek z Olą przyjechali w czwartek po południu – bez problemu. Ja wzięłam wolne, Marcin poszedł jeszcze do pracy. My w tym czasie dopadliśmy Wii  wraz z standardową grą dołączaną do tej konsoli. Spróbowaliśmy wszystkiego: kręgli, tenisa, baseballa ale bezkonkurencyjnymi okazały się golf i boks… i robienie awatarów/mii. Wyszedł nasz kompletny brak kondycji – boks sprawił zadyszkę i bóle mieśni następnego dnia…

W piątek obchód po mieście, szybki skok do Bilki. Już na samym przydomowym parkingu zaczął padać tyci śnieżek… Marcin z Markiem napili się herbatki/kawy i ruszyli na lotnisko po Loczka – miała lądować o wpół do szóstej. Śnieżek przybrał na intensywności i wielkości. Zrobił się śniegiem. Marcin zadzwonił, że jadą bardzo wolno i że ma nadzieję, że uda im się dotrzeć na czas. Kazał sprawdzić, czy czasem lotniska nie zamknęli. Sprawdziłam. Zamknęli. Lot opóźniony. Śnieg pokrył szyby. Ola zasnęła… Tymczasem Madzia w końcu wylądowała – z pół godzinnym opóźnieniem. Cała trójka zjawiła się po 21… Do billundowego lotniska jedzie się nie całą godzinę w normalnych warunkach. Wpadli głodni, podziębieni i nieco mokrzy po przechodzeniu przez zaspy. Jutlandia zasypana… ja się tylko zastanawiałam, kto może nie dotrzeć na ślub… Madzia mówiła, że jak wsiadała w Londynie do samolotu, to tam było +15 stopni. Nikt się nie spodziewał już śniegu – parę dni wcześniej słyszałam ptasiory, tak wiosennie ćwierkające… a tu znowu zaspy…

Po kolacji ruszyło Wii – runda druga. Tym razem wszyscy wzięli udział. Walka była zażarta i poszliśmy spać tylko dlatego, że trzeba było rano wstać.

Wstałam po 7. Ruszyłam do łazienki – czesanie, malowanie, ubranie i właściwie przed 8 byłam gotowa. Sama się zszokowałam. Nerwy zaczęły mnie dopadać.

Marcin wyszedł pierwszy – odebrać bukiet od Janki. Zgodnie z tutejszym zwyczajem to pan młody kupuje pannie młodej bukiet i czeka z nim przed kościołem/ratuszem. Dobrze, że jacyś dobrzy ludzie po odśnieżali nieco chodniki. Śniegu co niemiara.

Weszliśmy do środka. Grzecznie zawiesiliśmy kurteczki w szatni. Pani skierowała nas do góry. Tam sobie przysiadłam na foteliku. Zdjęcia. Para przed nami wyszła. Wielki pan podchodzi do nas, pyta się o świadków. No to mówimy, że jest problem, bo jeden ze świadków nie dojechał z powodu śniegu. I tu Chrestena mnie wnerwiła. Nie pytając się nas o zdanie, głośno powiedziała, że może Ania zostanie zapasowym świadkiem. Nie maiłam nic przeciwko Ani, ale powtórzę, wypadało się nas zapytać, a ja miałam swojego zapasowego świadka w osobie Andrzeja. Dobrze, że ten człek jest jaki jest, i się nie obraził i przyjął to spokojnie. Nie omieszkam im to obydwom wypomnieć, jak będę miała kiedyś okazje je razem widzieć. I co, miałam przy tych wszystkich osobach powiedzieć >nie<?

Wracają do relacji, Wielki Pan otworzył drzwi. A za nimi – moje pierwsze skojarzenie – business meeting. Półkole stołów z krzesłami, wewnątrz mniejsze, na cztery i przed tym dwa krzesła dla nas oraz stół dla pani prowadzącej ceremonię. Przy stołach niewielkie lampki, notesik, miseczka? Wszyscy usiedli. Poranne światło wpadało przez wysokie okna. Pani miała bardzo miły i ciepły głos. Mówiła głośno i wyraźnie. Z pewnością nadaje się do tej roli. Powiedzieliśmy nasze >Yes, I do<. Marek podał obrączki. W momencie zakładania ktoś szarpie za drzwi – to Ilona z Volkerem wpadają :D to się nazywa wejście :D

Jeszcze podpisy – mnie się tak trzęsła ręka, że nie mogłam utrzymać prosto długopisu. Aż odłożyłam bukiet na bok. To chyba jeden z najbardziej pokracznych podpisów w moim życiu. Nawet Wielki Pan się zaśmiał…

Jeszce zdjęcia i wyjście z sali. Gratulacje. Chwyciliśmy za kurtki. Wyszliśmy przed ratusz i dostaliśmy z… nie ryżu i nie pieniążków. Z nasion, bo lepsze dla ptaków. Cóż za praktyczność… :P

Patrz ––> Galeria Read the rest of this entry »

Zima 2010

Marzec 20th, 2010

Styczeń i luty – podobnie jak w Polsce – śniegowe. W końcu zima  :P   co nie zmienia faktu, że człowiek się odzwyczaił od widoku śniegu przez tak długi czas i w takich ilościach. Przestałam jeździć na rowerze, co zaowocowało małym przybraniem na wadze. I nie zrezygnowałam z powodu temperatury (ciepło samo się robi przy podjeżdżaniu pod górkę) ale o lód na pewnych odcinkach. Raz wylądowałam w zaspie, parę innych razy się skończyło na w-porę-zeskoczeniu-z-roweru a o poślizgów nie zliczę. Wystarczy, że raz mi by nie poszło i pierwszy gipsik w życiu. Marcin pracuje w tych samych godzinach, więc sobie razem dojeżdżamy :) Zimie mówimy już dosyć…

Zrobiła nam się małe grono polskie z domieszką duńską :) sobie plotkujemy i drinkujemy – znamy się głównie dzięki szkole językowej. Tak sobie dyskutujemy, radzimy, żalimy i chwalimy się …

Janka z powodów finansowych musi się z Perem jednak wyprowadzić z Brørup. Przygotowywują meble, sortują rzeczy. Dom w Brørup wielki, więc i rzeczy i mebli się nazbierało. Mają chętkę na dom szeregowy ale chętnych na takowe w spółdzielniach jest wielu.

Dostaliśmy zaproszenie na urodziny Ani i Chrestiny połączone z Fastelavn / Ostatkami. Długo nie zabawiliśmy: Marcin nie miał ano ochoty ani nie czuł się najlepiej na zabawę. Wskoczyliśmy na fioński bazar po olej kokosowy (nasze nowe odkrycie, dzięki czemu jemy jeszcze zdrowiej :P ), do kina na Avatara 3D (w Kolding takich ‘cudaczności’ nie dają) i na niecałe dwie godzinki na urodziny. Dziewczyny zamówiły osiedlowy budynek spotkań – z kuchnią, składzikiem, szatnią – bardzo praktyczne, niezły pomysł. W Polsce nie mający racji bycia, z naszym narodowym brakiem poszanowania dla wspólnej własności (mam na myśli wynieśmy co się da, a jak nie da, to resztę zniszczmy/zdemolujmy). Miło zaskoczyłam się strojami – nie podejrzewałam co poniektórych gości o taką pomysłowość czy przygotowania. Moim faworytem był Thomas i jego strój Jacka Sparrowa – nawet go udawał znakomicie. Nigdy nie podejrzewałam go o jakiekolwiek zdolności aktorskie – a tu proszę, miłe zaskoczenie.

Dostaliśmy termin na ślub – 6 marca. Świadkowie zgłoszeni, zaproszenia wypisane, telefony… nie chcieliśmy weseliska a jednak trochę krzątaniny było…

A skoro mowa o ślubie, to moje koleżanki z pracy sprawiły mi polterabend wieczór panieński. W duńskiej wersji wygląda to tak, że przychodzą do kobiety/mężczyzny koleżanki/znajomi ze strojem dla delikwenta. Zwykle to jakieś śmieszne/obciachowe wdzianko i dalej na miasto. O niczym nie wiedziałam – obudzona zostałam w piątek i wyciągnięta z ciepłego łóżeczka… Zostałam zabrana na kręgle i do restauracji. W za dużych portkach i koszuli, czepkiem na głowie, dziwnych butach i wymalowanym „Hjælp! Jeg skal giftes!” (Pomocy! Żenię się!), paradowałam między ludźmi… (Bare sige nej! / powiedz nie) Tak, tak, ubaw po pachy. Usłyszałam od kelnerki, że ten zwyczaj już zanika. Według tradycji, powinnam jeszcze przejść się po ludziach i zebrać pieniądze ale jakoś się wymigałam nieznajomością tematu :P i tym sposobem dopisałam moje drogie koleżanki do listy gości… Generalnie, pomijając dziwny zwyczaj przebierania – mile zostałam zaskoczona.

Patrz –> Galeria

Święta bożonarodzeniowe 2009

Luty 22nd, 2010

Mieliśmy jechać w niedzielę, z noclegiem koło Szczecina ale ostatecznie pojechaliśmy w poniedziałek bez większych przerw. Ze śniegowego miasta wjechaliśmy w zimne Niemcy… temperatura spadała stopniowo o pół stopnia aż zatrzymała się koło -11C. Wiem, ze w Polsce było jeszcze zimniej… Autostrada przysypana. Polska na szczęście nie aż tak, inaczej to chybabyśmy faktycznie jechali dwa dni. Dojechaliśmy.

Już następnego dnia – wizyta w Golubiu-Dobrzyniu, pierwsza wizyta u lekarza i pierwsze leki; wizyta w urzędzie stanu cywilnego. Tam się dowiedzieliśmy, że paszport to ‘tylko’ dokument podróżny a nie dowód tożsamości. Nie, nie mamy nowych dowodów. Tzn, ja mam, ale trzeba go by odebrać… Na Batorego za to dowiedziałam się, że pomimo nieaktualnych książeczkowych dowodów, by dostać nowy muszę zdać stary. No i nadal nie mam dowodu, bo chyba zostawiłam go w Danii. Generalnie straciłam nadzieję, że uda nam się wydostać ‘zaświadczenie o zdolności do podjęcia małżeństwa’ czy jakoś tak. Ale na Batorego udało nam się wydostać kwitki o potwierdzeniu ostatniego/aktualnego zameldowania. I to bez większych ceregieli – temu urzędowi zaliczam to na plus. Gdybym jeszcze wydostała dowód… ale nie można mieć wszystkiego :P Z kwitkiem z Batorego udało nam się za to wydostać ‘zaświadczenie’ – działające trzy miesiące. Trzeba jeszcze to przetłumaczyć – na szczęście w duńskich urzędach pracownicy rozumieją angielski w mowie i piśmie i nie potrzebują do każdego świstka przysięgłego tłumacza.

Święta, święta i po świętach – te przebiegły spokojnie i bez ekscesów. Spotkanie rodzinne i przyjacielskie. Niektórzy znaleźli nową miłość, niektórzy ją utracili. Część zmieniła miejsce zamieszkania – życie się toczy. Nadal w tym Toruniu trudno się żyje – konkretnie nie najciekawiej z pracą, z tego co słyszę…

W niedzielę pozbieraliśmy siły na wyprawę dwudniową – Lublin/Bytom. Do pierwszego z miast udaliśmy sie w celu ‘w końcu zobaczenia się’ – chodzi tu o Marcina i Fundację Bartek. Na miejsce dotarliśmy wczesnym popołudniem, dostaliśmy obiadek, zostaliśmy szybko oprowadzeni po starówce i zawiezieni na spotkanie :) Dzień pełen wrażeń. Drugi dzień to Bytom – dla mnie region katowicki wygląda podobnie, więc ktoś mógłby mi wcisnąć że równie dobrze jestem w Gliwicach, he he he. A co do leczenie – w miejscu, niestety… oprócz biotraksonu pomysłów brak.

Sylwester – spędzony w Lizard King. Przyzwoity, bez ekscesów, moim zdaniem troszeńkę przepłacony – ale było OKi :D Monika z Rafałem w pozytywnych humorach, jedzenie całkiem całkiem, muzyka dobrze dobrana, zespół co prawda nie w moim stylu ale chłopaki sie starały :) na godzinkę z kawałkiem zboczyliśmy do Rycerskiej i wróciliśmy wytańczyć się do Lizarda. Chyba między trzecią a czwartą byliśmy z powrotem na Antczaka.

Patrz –> Galeria

Marcin chciał wracać już w Nowy Rok ale na szczęście jakoś wyszło, że wyjechaliśmy w sobotę rano. Nigdy jeszcze przez Polskę nie przemknęliśmy się tak szybko :D brak ruchu się znaczy. Ale jak tylko wjechaliśmy w Niemcy – śnieg… i tak już do Danii włącznie. Kolding jak był zasypany, tak zasypany przywitał. Generalnie gmina jakoś zapomniała o odśnieżaniu. Przecież samo się rozjeździ, prawda? Dojeżdżanie rowerem do pracy stało się koszmarem, nie wspominając, że niebezpieczne z powodu lodu…

Jesień – trzydzieste urodziny

Styczeń 26th, 2010

Powrót do rzeczywistości był dość bolesny – do pracy, samochód strajkował ( w końcu kupiliśmy przechodzonego opla corsę)... o wiele chłodniej – właściwie to jesień. Ciepła ale jesień.

Przeżyłam trzydzieste urodziny, które w Danii, jako osoba niezamężna/nieżonata, przechodzi się dość specyficznie. Generalnie taką osobę można bezkarnie obsypać pieprzem – niejako za karę, tudzież wysłać życzenia z pieprzem.Mnie to ominęło, za to całą noc musiałam chodzić po zakładzie z napisem ‘panna’ (pebermø) z duńskimi flagami a pieprz dostałam razem z drobnymi w skarbonce :) Dobrze, że nie mieszkamy w domku, bo jeszcze stanął by przed nim metalowy konstrukt / samochód ze szrotu / hałda piasku…  – co kraj to obyczaj…

Dla Duńczyków trzydziestka to ważna okazja: “I co przyjeżdża rodzina na urodziny?”, “Co, w weekend impreza? W domu czy na mieście?” A ja się drapie po głowie… “Eee… no, jeszcze o tym nie myślałam….”

Patrz  –> Galeria

W sumie to chcieliśmy wziąć ślub w sierpniu / wrześniu – ale mamy fanaberię wziąć go w Danii. Od Polek ze szkoły językowej usłyszałam, że z tym nie ma problemu – akt urodzenia wystarczy, nawet nie przetłumaczony + ichniejsze podanie. Ale nie, ode mnie zażądano pozwolenia na pobyt (to akurat nie problem) i oświadczenia z Polski, iż możemy zawrzeć małżeństwo (problem) – z zaznaczeniem, że mają być przetłumaczone. Ech, tylko oświadczenie trzeba (oczywiście) podjąć osobiście w naszym wypadku w Toruniu… a nie wybieraliśmy się do Polski co najmniej do grudnia. I tak plan został przeniesiony w czasie a ja paradowałam z pebermø na plecach…

Hiszpania – ostatnie dni, uwagi i powrót

Styczeń 16th, 2010

Następnego dnia Ania i Marcin stwierdzili, że się spalili poprzedniego dnia i nie najlepiej się czują. Fakt, wyglądali jak dwa raki. Zostali w domu. Ja smarowałam się zacięcie kremami z filtrami, więc nic mi nie było. Ba – z przerażeniem stwierdziłam, że jestem blada jak byłam.  Postanowiłam więc ruszyć na plażę (bez smarowanie się – szaleństwo). Jak na złość, po pół godzinie na plaży, pojawiły się chmury. Skończyło się na kąpaniu. Spacerkiem wróciłam do mieszkania, po drodze wstępując do Lidla i kupując czarny, solidny, pełnoziarnisty chleb. Taki sam można kupić w Danii. W tym czasie Marcin z Ania zbudowali podręczną rynienkę do kapiącej wody z termy. Sąsiadka przyszła się awanturować, że jej na taras kapie.
Wieczorem wyprawa na deser.
Czwartek – to ostatni spacer, zakupy…

Uwagi:

• Niewątpliwym minusem mieszkania były mrówki faraonki... generalnie skończyło się na chowaniu niemal wszystkiego do lodówki. Zawsze wywąchały gdzie jest śmietnik. Znaleźliśmy pozytywny punkt : ta gdzie są faraonki, nie ma niczego innego. A mogły być karaluchy. Widzieliśmy parę takowych spacerujących wzdłuż ulicy. Faraonki wydały nam się jednak higieniczniejsze.
• Muszę się przyznać, że ładnych parę dni wypatrywałam skrzynki pocztowej. Instynktownie szukałam czerwonego blaszanego pudła zawieszonego gdzieś na murze, ścianie, względnie wolno stojących na jakiś rurach. A błąd. Trzeba było wyglądać żółtego wielkiego obiektu hydrantopodobnego (patrz tu – niestety, zdjęcie nie ukazuje skali).
Apteki w Walencji występują równie licznie jak w Polsce. Plus podają temperaturę na elektronicznym szyldzie.
• Coś do czego, nie wątpię, można się przyzwyczaić, to okrągłe klamki pośrodku szerokości drzwi. Takową mieliśmy u nas w mieszkaniu. Wzbudzało w nas paranoję, iż pewnego dnia drzwi się za nami zatrzasną, a wszyscy zapomną wziąć klucza :) ta nasza okrągła kula/klamka, zdawała się nadawać tylko do popchnięcia drzwi – nie dawała się obracać czy dać wcisnąć…
• Ciekawym posunięciem były pasy tylko dla taksówek i autobusów – problem korków dla osób poruszających się tymi środkami transportu był minimalizowany. Sprytniutkie. W ogóle ulice Walencji są kilku pasmowe, często jednokierunkowe.
• Inna sprawa to poruszanie się pieszych. Ci wydawali się poruszać jakimś znanym im sposobem, który nie współgrał ze znakami i światłami. Niestety byliśmy za krótko, by go przyswoić. Po prostu ruszaliśmy za tłumem :) parę razy serce mi przyspieszyło.
• Widziałam też tramwaje – podobne do toruńskich. Jakaś linia podjeżdża w okolice plaż.

Generalnie podsumowując – mogliśmy się lepiej przygotować. Ja osobiście liczyłam na to, że duża ilość Hiszpan będzie mówić po angielsku i jakoś to się ułoży. Błąd. Trzeba być przygotowanym na opcję nie mówienia po angielsku. Lepiej się rozczarować pozytywnie niż negatywnie… więcej bez planów postaram się nie wyjeżdżać.

Droga powrotna znów z przesiadką: Walencja – Zurych i Zurych-Kopenhaga.
Pierwsza część przebiegła znakomicie. I mówię z całym przekonaniem: jeśli możecie wybrać linie Swiss, to ją bierzcie. Świetna, miła, cierpliwa obsługa (w końcu płynny, zrozumiały angielski i niemiecki – łezka szczęścia), samolotowi niczego zarzucić nie można było. Niestety, już jak dolatywaliśmy do Zurychu, kapitan poinformował, że z powodu złej pogody (burza) lotnisko zostało zamknięte. Na ekranikach widzieliśmy, na które loty już się nie zdąży  tudzież, które są przesuwane. Także już od początku wiedzieliśmy, że nie zdążymy. Lista się wydłużała. Spędziliśmy jakieś pół godziny więcej w powietrzu, kołując . Podobno przez okienko było widać też inne samoloty – nie dociekałam, bo przez turbulencje odezwała mi się choroba lokomocyjna… już myślałam, że ‘poturbulujemy’ do innego lotniska ale jednak otworzona lotnisko. Wylądowaliśmy bez problemów.. I zaczęła się gehenna…
Bieg do informacji. Oczywiście już kolejka przed nami i za nami… pasażerowie z innych spóźnionych lotów… staliśmy tam chyba z dwie godziny, ludziom puszczały nerwy, niektórzy odchodzili w miarę zadowoleni, inni załamani (np do Hamburga już dziś nic nie odlatuje). Wreszcie nasza kolej. Dowiedzieliśmy się, że dla jednego z nas, miejsce na pewno jest, dla pozostałej dwójki – nie wiadomo, trzeba się zgłosić tam i tam… i to spojrzenie po sobie – no to kto leci? Marszo-bieg przez kontrole i zgłoszenie się z biletami do bramki wejścia do samolotu. Stanęliśmy przy biurku chodź nikogo nie było. I warto było warować, bo cała trójka dostała miejsca w SAS-ie. Pan wręczając nam bilety wydawał się nie pocieszony, że nie może posadzić nas razem. A my odchodziliśmy szczęśliwi, że się dostaniemy na pokład… a ten nam o wspólnym siedzeniu…
Na pokładzie przy wejściu duńskie gazety, wszystkie miejsca zajęte, język duński zewsząd.

Koniec końców, całość skończyło się tylko trzygodzinnym opóźnieniem dla nas…

Ach – wyraz na Ani twarzy, kiedy okazało się, że w SAS-ie trzeba zapłacić za posiłek – bezcenny. W Lufthansie, Spain Air i Swiss-ie to było w cenie. A w skandynawskim SAS-ie NIE. I jeszcze w broszurce napiszą, że wybierając tanie linie lotnicze, można się spodziewać dodatkowych, niespodziewanych kosztów… tupet to mają.

statystyka