Goście, goście :)
W niedzielę, spaliśmy raczej długo. Zanim się wszyscy wstali, najedli się i wykąpali… dobrze, że zdąrzyliśmy się wygrzebać na spacer po Kolding – zanim Madzia musiała wracać. Jeszcze wszystko było zasypane. Zamek, wychudzona rzeźba, najstarszy dom, przejście deptakami, sklep i cmentarz. Mokre buty. Marek z Olą odwieźli Loczka do Billund. Szkoda, że nie mogła zostać dłużej. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja
Oby szybko ![]()
Następny dzień to Rømø i Ribe. Rømø – w okresie zimowym to nas tam jeszcze nie widzieli. Przenikliwe zimno ale co dziwne – nie wietrznie. Obowiązkowe zbieranie muszli. Ribe – wejście na wieżę, rzut oka na katedrę (tak, przyznali nam rację, że ołtarz jest dość awangardowy – polecamy wielbicielom twórczości Lovecrafta
). Przejście uliczkami, małe jedzonko i gorąca kawa…
Przed samym drzwiami czekała na nas niespodzianka – ślubny ‘tort’ ręcznikowy od nocnej zmiany EasyFood. Przyozdobiony figurkami, serduszkami, flagami i wróżbami – pomysłowe
Wzruszyliśmy się. Coś po tej trzydzieste, to jakoś tak częściej się wzruszamy.
Następny dzień to Odense. Muzeum Andersena – tam akurat mogę bywać często. Jest tam tyle do przeczytania, że właściwie muszę tylko przestać to robić chaotycznie i czytać co wizytę po kawałku i po kolei
Obejrzeliśmy chyba z trzy czy cztery kościoły, . Nie mogliśmy doszukać się jakiejś bramy, ale przeszliśmy się najważniejszymi deptakami i parkiem (a jakże) Andersena, minęliśmy ratusz, zawiesiliśmy oko na rzeźbach. Ciepła kawka i na fioński bazar / Fyn Bazar. A to oznaczało opkupienie się w suszone owoce, tudzież w suszone owoce w czekoladzie, tudzież orzechy, tudzież dziwne wynalazki. Pychotka. A zaraz po wyjściu z bazaru – odkrycie dnia – genbrug (rzeczy przechodzone – od łyżeczek, obrusów, ciuchów po książki i meble). Nigdy wcześniej tam nie byłam i nie spodziewałam się, że to takie wielkie. Ciekawe rzeczy.
Środa – niestety Marek z Olą musieli już wracać. Późne wstanie, ostatnie zakupy, mała drzemka – i ruszyli wieczorem…
Patrz –> Galeria



