Archive for the ‘wyprawa’ Category

Święta bożonarodzeniowe 2009

poniedziałek, Luty 22nd, 2010

Mieliśmy jechać w niedzielę, z noclegiem koło Szczecina ale ostatecznie pojechaliśmy w poniedziałek bez większych przerw. Ze śniegowego miasta wjechaliśmy w zimne Niemcy… temperatura spadała stopniowo o pół stopnia aż zatrzymała się koło -11C. Wiem, ze w Polsce było jeszcze zimniej… Autostrada przysypana. Polska na szczęście nie aż tak, inaczej to chybabyśmy faktycznie jechali dwa dni. Dojechaliśmy.

Już następnego dnia – wizyta w Golubiu-Dobrzyniu, pierwsza wizyta u lekarza i pierwsze leki; wizyta w urzędzie stanu cywilnego. Tam się dowiedzieliśmy, że paszport to ‘tylko’ dokument podróżny a nie dowód tożsamości. Nie, nie mamy nowych dowodów. Tzn, ja mam, ale trzeba go by odebrać… Na Batorego za to dowiedziałam się, że pomimo nieaktualnych książeczkowych dowodów, by dostać nowy muszę zdać stary. No i nadal nie mam dowodu, bo chyba zostawiłam go w Danii. Generalnie straciłam nadzieję, że uda nam się wydostać ‘zaświadczenie o zdolności do podjęcia małżeństwa’ czy jakoś tak. Ale na Batorego udało nam się wydostać kwitki o potwierdzeniu ostatniego/aktualnego zameldowania. I to bez większych ceregieli – temu urzędowi zaliczam to na plus. Gdybym jeszcze wydostała dowód… ale nie można mieć wszystkiego :P Z kwitkiem z Batorego udało nam się za to wydostać ‘zaświadczenie’ – działające trzy miesiące. Trzeba jeszcze to przetłumaczyć – na szczęście w duńskich urzędach pracownicy rozumieją angielski w mowie i piśmie i nie potrzebują do każdego świstka przysięgłego tłumacza.

Święta, święta i po świętach – te przebiegły spokojnie i bez ekscesów. Spotkanie rodzinne i przyjacielskie. Niektórzy znaleźli nową miłość, niektórzy ją utracili. Część zmieniła miejsce zamieszkania – życie się toczy. Nadal w tym Toruniu trudno się żyje – konkretnie nie najciekawiej z pracą, z tego co słyszę…

W niedzielę pozbieraliśmy siły na wyprawę dwudniową – Lublin/Bytom. Do pierwszego z miast udaliśmy sie w celu ‘w końcu zobaczenia się’ – chodzi tu o Marcina i Fundację Bartek. Na miejsce dotarliśmy wczesnym popołudniem, dostaliśmy obiadek, zostaliśmy szybko oprowadzeni po starówce i zawiezieni na spotkanie :) Dzień pełen wrażeń. Drugi dzień to Bytom – dla mnie region katowicki wygląda podobnie, więc ktoś mógłby mi wcisnąć że równie dobrze jestem w Gliwicach, he he he. A co do leczenie – w miejscu, niestety… oprócz biotraksonu pomysłów brak.

Sylwester – spędzony w Lizard King. Przyzwoity, bez ekscesów, moim zdaniem troszeńkę przepłacony – ale było OKi :D Monika z Rafałem w pozytywnych humorach, jedzenie całkiem całkiem, muzyka dobrze dobrana, zespół co prawda nie w moim stylu ale chłopaki sie starały :) na godzinkę z kawałkiem zboczyliśmy do Rycerskiej i wróciliśmy wytańczyć się do Lizarda. Chyba między trzecią a czwartą byliśmy z powrotem na Antczaka.

Patrz –> Galeria

Marcin chciał wracać już w Nowy Rok ale na szczęście jakoś wyszło, że wyjechaliśmy w sobotę rano. Nigdy jeszcze przez Polskę nie przemknęliśmy się tak szybko :D brak ruchu się znaczy. Ale jak tylko wjechaliśmy w Niemcy – śnieg… i tak już do Danii włącznie. Kolding jak był zasypany, tak zasypany przywitał. Generalnie gmina jakoś zapomniała o odśnieżaniu. Przecież samo się rozjeździ, prawda? Dojeżdżanie rowerem do pracy stało się koszmarem, nie wspominając, że niebezpieczne z powodu lodu…

Hiszpania – Sagunto

poniedziałek, Styczeń 4th, 2010

We wtorek ruszyliśmy na stację kolejową i po zapłaceniu około 4 Euro od osoby, każdy miał bilet w jedną i druga stronę.
Mieliśmy jakąś dobrą godzinkę do odjazdu, więc poszliśmy na spacer i tak właściwie za winklem trafiliśmy na bazar rozłożony wzdłuż ulic. Ciuchy, pierdołki, zegarki, obrusy, pościele, roślinki, paski, torebki – wszystko bliżej nieokreślonych firm ^^ Ale wiem, gdzie można by było w Walencji za tani pieniądz się ubrać O_o

Po godzince wróciliśmy na dworzec. Przystanek docelowy znajdował się koło górki, na której ostały się ruiny twierdz. Zagłębiliśmy się w miasteczko – labirynt ulic i uliczek rozłożonych wokół wspomnianej górki… wiele starszych domów wygląda na moje oko tak: wąski budynek, jedno-piętrowy, szerokie drzwi i nad nimi balkon tj drzwi balkonowe z barierką lub balkonik szeroki na sporą doniczkę… do całości dodajmy względnie okna poboczne. Mix domów zadbanych i niezadbanych, a także ulic wznoszących się łagodnie jak i stromo, liczne rośliny doniczkowe: na schodach, przy drzwiach, na balkonach, tarasach, parapetach. Kościoły stykające się z domami. W prześwitach między budynkami widać było ruiny – tylko jak do nich podejść?
Tak prąc naprzód, dotarliśmy do małego ‘ryneczku’ z paroma restauracyjkami. Niektórzy byli głodni. Za pomocą szczątkowego hiszpańskiego i trochę machania rękami dowiedzieliśmy się, że koło południa to my tapas możemy co najwyżej dostać. No to coś każdy wybrał: frytki, sałatka rosyjska i melon z szynką.
Ruszyliśmy dalej i w końcu dotarliśmy do drogi prowadzącej do ruin… uff… zaczęły się widoki (miasto, pola, góry i morze) :) oraz brzęczenie cykad. Po prawej stronie minęliśmy odremontowany teatr rzymski. Za bramę wiodącą do zamku, w cieniu budynku w stylu starożytno grecko-rzymskim (nie znam się ) siedział pan z laptopem i wręczał bilety, choć wstęp wolny. Pewnie liczą turystów. Gorąco. A my już wiedzieliśmy, że duzó będzie do obejścia…
Sagunto / Sagunt było w czasach starożytnych osadą Iberów, następnie grecką kolonią Saguntum, a od III w. p.n.e. sprzymierzyło się Rzymem – do tego czasu znane pod nazwą Arse; Kartagińczycy w 219 p.n.e. zdobyli Sagunto  pod wodzą Hannibala, co doprowadziło do wybuchu II wojny punickiej; około 212 p.n.e. dostało się pod panowanie Rzymu; w VIII w. zajęte przez Arabów, którzy władali miastem do 1248; dopiero w 1. połowie XIII w. włączone do Aragonii. W średniowieczu znane jako Murviedro.
Widoki – przepiękne, w jakąkolwiek by nie spojrzeć stronę. Zamek był budowany i zmieniany po kolei przez Iberów, Kartagińczyków, Rzymian, Maurów i Francuzów. Długaśny pas murów pochodzi głownie z okresu arabskiego i francuskiego.

I tak zaczęliśmy to wszystko obchodzić. I parę kilosów zeszliśmy… nawet dzisiaj ruiny robią wrażenie – co dopiero w czasach, kiedy to tętniło życiem. Zabezpieczono tylko co najbardziej niebezpieczne elementy, także można było swobodnie spacerować i zaglądać w zakamarki – na ile pozwalały liczne kaktusy (nigdy, ale to nigdy nie dotykajcie żadnej części tych podstępnych roślin, nawet jeśli nie widać kolców, i nawet jeśli coś wydaję się być owocem :P ) Ania z Marcinem się przypiekli – ja tam co rano smarowałam się mazidłami przeznaczonymi na bycie w słońcu :P Pękły moje ukochane okulary przeciw słoneczne. Większość czasu więc mrużyłam oczy od nadmiaru światła.

Czy było warto to zobaczyć?
Pewnie! :)

Patrz ––› Galeria

Tego popołudnia padliśmy…

Hiszpania – centrum / starówka w Walencji

niedziela, Grudzień 20th, 2009

W Walencji uwielbiają bagietki. Bagietki wszelakiej wielkości… o ciemnym pieczywie można zapomnieć. W piekarno-cukierni można za to zaopatrzyć się w przeróżne ciasteczka i rogaliki-croissant. Dooobre :) Niestety nim się zdecydowałam zrobić zdjęcie – już go nie było. Mówię o torcie z przystrojeniem w bramkę od piłki nożnej z balonikami. I nie było to płaska kompozycja :O

W niedzielę znów zalegliśmy na plaży. Woda – słońce – kukurydza. Ciepłooooo … a w ramach ruchu wieczorny spacer do pasa zieleni i urzędowanie na placu zabaw :)

Poniedziałek to wyprawa na starówkę-centrum. Nowsza część robi wrażenie rozmachem budowli. Te wielkie partery, zdobienia, place…
Starsza część miasta charakteryzuje się wąskimi uliczkami.  Domy są wysokie, więc wypatrywanie zabytków było dość ciężkie. Zwłaszcza, że kościoły tamtejsze stykają się z innymi budynkami. Jeśli coś interesującego się widziało, trzeba było od razu podążąć za widokiem :) O ile nie stało się na jakimś placu, to trudno często było zrobić zdjęcie – z braku miejsca wlaśnie. To co odróżnia stare budynki polskie a hiszpańskie to rodzaj budulca. W Polsce to ciemne cegły, w Hiszpanii – jasne (tudzież jakieś jasne kamienie). Coś innego :) i tak, warte zobaczenia. Szkoda, że tak poszliśmy bez przygotowania – może warto byłoby wcześniej pójść do jakiegoś punktu informacyjno-turystycznego. A tak, nasza wycieczka była bardzo chaotyczna: na początku z mapą, potem co przyciągnęło nasz wzrok… i tak się błakaliśmy :)
Weszliśmy do katedry – 4 euro od osoby + dokument jako depozyt za urządzonko, przypominające starą komórkę. W katedrze w rożnych miejscach mozna było napotkać numery – wciskając określony numer i przystawiając ‘telefon’ do ucha, można było odsłuchać opis/historię danego obiektu/części. Duża budowla. Warta odwiedzenia.

Na koniec zgłodnieliśmy i przysiadliśmy przy stoliku w dość wąskiej uliczce. I tak za 10 Euro od osoby mieliśmy przystawkę, danie główne i deser. Pyszniutkie. Ku przestrodze napiszę, że jeśli zamówicie kiedyś młode kalmary w cieście – mogą na was patrzeć z talerza… Ania za to już po przystawce (paella) już była dość najedzona… w końcu napiłyśmy się sangrii z owocami. Mniam.

Hiszpania – piatek i sobota

środa, Grudzień 9th, 2009

Piątek

- długie spanie, śniadanie, plaża.

Tak ciepłej wody nigdy nie doświadczyłam. Wychodziłam z niej, bo oczy mnie szczypały od soli. I tylko dlatego :) Nie było głęboko, można było iść i iść. Bez kamieni na dnie, fale… cudownie…  szeroka, z drobnym piaseczkiem. Taka właśnie wakacyjna, czyli polecam - Playa Malvarrosa :)   Ciekawym odkryciem była kukurydza z grilla posypana solą. Pychotka :)

Wieczorem skierowaliśmy się w stronę centrum, mając nadzieje znaleźć El Carme – dzielnicę tętniącą życiem zwłaszcza w godzinach nocnych, jak gdzieś przeczytałam wcześniej na necie, a która nie była zaznaczona na mapie. Błąkaliśmy się błąkaliśmy ale jej nie znaleźliśmy. Znaleźliśmy jakiś łuk, pomniki, fontanny, majestatyczne budynki i wszędobylską paelle atakującą  turystów z wszystkim restauracji, kafejek i barów. Do tego dotarło do nas, że znajomość angielskiego nie jest tu powszechna. A mogłoby się wydawać, że takie wielkie miasto, turyści … a jednak nie. Jedyną nadzieją na angielski byli młodzi kelnerzy… I to nie zawsze. Do pasji doprowadzał mnie fakt, że widziałam jak tubylcy zajadali różności a nam podsuwano karty z paellami i nie było sposobu by powiedzieć, że chciałam coś innego niż paella lub tapas (zakąski, przekąski). Po powrocie do Danii doczytałam, że paella pochodzi z Walencji – pewnie  dlatego też katują nią turystów… Tamtego wieczoru poprzestaliśmy na San Miguel (piwo) i kawie w mikro szklaneczce to tu, to tam… na znak protestu.

Jeszcze jedna sprawa – mleko. Przez pierwsze dni zapijaliśmy się zimnym mlekiem. Miało smak, który przypominał mleko prosto od krowy. Nie mówię, że to zupełnie to samo, ale tamte z Walencji miało jego posmak. Przepyszne. Ciekawe, czy w całej Hiszpanii jest takie.

Sobota

- Oceanográfico, Hemisferic i jedzonko :)
Marcin od razu poszedł z nastawieniem, że będzie nudno. Ja tam poszłam optymistycznie nastawiona.

Oceanográfico – uważam, że przyzwoicie było. Nie jakoś tam super niezapomniane ale przyjemnie. Jeśli ktoś lubi patrzyć sobie na rybki i stworzonka wszelakie wodne  :P tudzież ptasiory. Ja lubię od czasu do czasu. Nawet czasu mi na to zabrakło, bo musieliśmy się zbierać do kina na wieczór. Ładna aranżacja, nawet jakaś muzyka w tle leciało, co już było moim zdaniem zbędę. O wiele lepiej spędzony czas niż w Muzeum Nauki. Warto.
Hemisfèric – wspomniane wcześniej kino. Podobnie jak w przypadku muzeum i oceanarium, znowu prześwietlono nam torby i plecaki. Dano nam obręcze na głowę – myślałam, że to może rodzaj okularów ale okazało się to po prostu słuchawkami z możliwością przełączenia na angielski (na szczęście Ania zrozumiała z hiszpańskiego, że  jest taka możliwość i co trzeba nacisnąć, bo byśmy słuchali po hiszpańsku…). Wybraliśmy tajemnicę Egiptu – nic o Hiszpanii nie było… Spadek podłogi, na której osadzone były siedzenia, był dość ostry. Całość trwała około godziny i powiem – tak sobie. Nie było to kino 3D tylko obraz rozciągnięty na zakrzywioną powierzchnię, którą trudno było ogarnąć na raz. Powodowało to pewien dyskomfort, mój mózg nie wiedział jak to przetworzyć. Chwilami miałam wrażenie, że jestem za blisko obrazu – a miało chyba dać efekt bycia tuż “przed” albo “w” danym miejscu, co doświadczyłam może z dwa razy, potem oczy mnie rozbolały. Sam film taki sobie, w rodzaju National Geographic – w swoim czasie interesowałam się starożytnym Egiptem, więc rzadne z rewelacji przedstawionych tam, mną nie wstrząsnęły…

Wracając, wstąpiliśmy do restauracyjki, nazwy nie pamiętam tylko ulicę – Eduardo Bosca. Nie pamiętam też nazw tego, co zamówiliśmy, ale było przepyszne (np zapiekane ziemniaki w serze) i nie było to paellą :P Ania wzięła na konie deser, który był zrobiony na mleku/śmietanie tj  lody+śmietana+polewa – znakomite… i jeszcze do tego mówili po angielsku… łezka szczęścia.

Muzeum Nauki i paella

poniedziałek, Listopad 23rd, 2009

Będąc w agencji wynajmu, daliśmy sobie wcisnąć wejściówki do ‘Miasta Sztuki i Nauki” / Ciudas de las Artes y las Ciencias / the City of the Arts and the Sciences. Piętnaście minut drogi. Gorąco.

Owe ‘miasto’ ma za cele rozpowszechnianie, zachęcanie, wspieranie promocji i rozwoju nauki, techniki, sztuki i wszystkich działaniach naukowych, kulturalnych, edukacyjnych, społecznych, środowiskowych, artystycznych lub innego tego rodzaju zaangażowania – tyle z oficjalnej strony.
Na pewno jest to coś, czymś miasto może się pochwalić. Zbudowane z rozmachem i lekkością, robi imponujące wrażenie. Zaprojektowane przez Santiago Calatrava i Félixa Candela, budowa ruszyła w sierpniu 1996 roku a inauguracja otwarcia nastąpiła w kwietniu 1998 poprzez L’Hemisfèric (kino/planetarium). Ostatni komponent Miasta Sztuki i Nauki miał miejsce wraz z oddaniem do użytku El Palau de les Arts Reina Sofía (opera) w 2005 roku.
Wstęp jest płatny do:
- Hemisfèric (kino, planetarium, pokazy laserowe) – zbudowany w kształcie oka, powierzchnia około 13.oo m²;
- Muzeum Nauki Księcia Filipa – interaktywne muzeum nauki mające przypominać szkielet dinozaura (no dobra, różne to może przywodzić skojarzenia, ale szkielet dinozaura?), 40.ooo m² na trzech poziomach;
- Oceanarium – otwarty park oceanograficzny, największy w Europie, 110.oo m² i 42 miliony wody, posiada 13 ekosystemów światowych mórz, budynek wejściowy został zbudowany w kształcie lilii wodnej;
Nie byliśmy, ani nic nie było napisane na temat biletów odnośnie
- L’Umbracle – krajobrazowy deptak z różnymi gatunkami roślin rdzennej w Walencji oraz rzeźbami współczesnych artystów (Miquel z Nawarry, Francesc Abbot, Yoko Ono i in.), dolne partie to parking dla samochodów osobowych i autobusów;
W skład Miasta Sztuki i Nauki wchodzi jeszcze :
- Pałac Sztuki Reina Sofía — opera i centrum sztuki, generalnie wszystko dedykowane jest tu muzyce i sztuce scenicznej, gigantyczna i najładniejsza konstrukcja, w kształcie owalu
- El Puente de l’Assut de l’Or — most łączący stronę południową z ulicą Menorca, którego filarem jest wysoki na 125 metrów i jest najwyższym punktem w mieście, naprawdę robi wrażenie, nam przypominał żagiel;
- L’Àgora — zakryty plac, gdzie odbywają się koncerty i sportowe wydarzenia (np Valencia Open 500);
- Wieże Walencji – w fazie projektu i budowy, trzy drapacze chmur (308, 266, 220 m).
Wrażenie, kiedy spogląda się na ‘miasto’, jest ogromne, poraża przede wszystkim lekkością, jakby zaprzeczało prawom fizyki, futurystyczne. Do tego ogromna powierzchnia wodna. Powala.

W tym dniu zaplanowaliśmy sobie Muzeum Nauki. Reklamuje się je jako “Muzeum 21-go wieku, gdzie można  poznać w sposób dydaktyczny, interaktywny i przyjemny zagadnienia z nauki i technologii”.  Podobnie jak na lotnisku, prześwietlono nam torby. Muzeum i jego zawartość nas nieco rozczarowała. Pomijajm dość duży tłok i kolejki co do niektórych eksperymentów i wystaw. Owszem, to było interaktywne i na pewno interesujące ale dla dzieci i młodych nastolatków. Wyjaśnienie niektórych zjawisk za pomocą postaci z Marvella. Dobry pomysł na spędzenie czasu w gronie rodzinnym. Niestety, zabrakło czegoś czysto dla dorosłych. Pomijam drugie, nudne piętro z dyplomami i życiorysami hiszpańskich wynalazców. Nawet ja, najbardziej entuzjastycznie nastawiona, poddałam się w połowie trzeciego poziomu… dodajmy do tego sklepiki z cenami godnymi duńskich.

Patrz −−› Galeria

Zwiedzanie tego przybytku zajęło nam krócej niż myśleliśmy. Uparłam się, że jest niedaleko do morza, więc fajnie by je było zobaczyć. Niedaleko może i było, ale do portu, który był odgrodzony. Więc szliśmy i szliśmy… Nawet zatrzymaliśmy się w wieżowcowym barze na wodę. Po bitej godzinie spaceru, ujrzeliśmy w  końcu deptak nadmorski. Ładny, szeroki, drobniusi piaseczek. Zapadła decyzja, ze na nazajutrz tam się rozkładamy. W międzyczasie zgłodnieliśmy. Chodziliśmy w tą i z powrotem wzdłuż knajpek. Wszędzie paella (ryż z dodatkami) i ryby. W końcu gdzieś usiedliśmy. Okazało się, że tylko jeden kelner mówił po angielsku. To znaczy używał ’simple English’ w wersji uproszczonej  :D   Był widocznie niezadowolony, bo w knajpie siedzieli tylko obcokrajowcy, więc tylko on usługiwał. Do tego Ania się na niego zeźliła, bo zaczynał mówić zawsze do Marcina - ‘A to męski szowinista’. Ja z Ania wzięłam jakąś paellę (zwykle trzeba do niej co najmniej dwóch) a Marcin, jako, że ryżu nie może, rybę z ziemniakami. Wszystko smakowało ok chociaż bez szału (ryż podbarwiony na żółto w oliwie + rozłożone na nim małże, duże krewetki – i cząstki kurczaka), ilość wyliczona bez dokładki… a rachunek podjechał z napojami prawie do 50 Euro. Moim zdaniem przepłacone no ale raz się żyje. W końcu na plaży koło hotelu-pałacyku.
Wróciliśmy taksówką. Te wychodziły dość tanio. Wróciliśmy przez centrum handlowe z Carrefourem, mając nadzieje na znalezienie żytniego chleba. Niestety nie. Pszenne bagietki w różnych rozmiarach, owszem, udźce wszelakiej wielkości, rozbudowany dział rybny. Marcin musiał się zadowolić soczewicą i makaronem razowym. W końcu dotarliśmy do domu, zmęczeni, na nic siły tego dnia już nie mieliśmy…

statystyka