Archive for the ‘Koty’ Category

Koło Wielkanocy

poniedziałek, Czerwiec 22nd, 2009

Wstyd, że tak długo nie pisałam. Przechodzę jakiś kryzys komputerowo-sieciowy Potrafię parę dni z rzędu nie właczać kompa, a jak juz to zrobię, to nie na długo i bez przekonania…

Tak pokrótce co działo się prawie dwa miesiące temu…
1) Venus (kot Ani) zaczęła sobie wyrywać / wylizywać sierść na brzuchu. Jest tam łysa. Marcin stwierdził, że trzeba ja jakoś motywować np kocią miętką. Wyczytałam, że to często skutek nudy/depresji.
Znaleźliśmy lokum w Walencji – mieszkanie po prostu weźmiemy na 10 dni. Za dużo kombinowania z hostelami (do 7 dni) a hotele w tym terminie albo zarezerwowane albo bajońskie sumy.
2) Klub Fantacia oficjalnie zamknięty – nie poszło a rachunki trzeba płacić, więc Janka otworzyła kwiaciarnie w Vamdrup, narzeka na brak czasu. Zaprojektowaliśmy logo.
3) Wybraliśmy się do Frøslev koło Padborga, gdzie znajduje się obóz koncentracyjny z czasów drugiej wojny światowej. By uniknąć deportacji do niemieckich obozów koncentracyjnych, duńskie władze zasugerowały w styczniu 1944 roku budowe miejsca internowania w granicach duńskich. I tak powstał obóz niedaleko wioski Frøslev. Od połowy sierpnia do końca okupacji, 12 000 więźniów przewinęło się przez to miejsce. W większości byli to podejrzani o udział w duńskich ruchu oporu, komuniści i więźni polityczni. Warunki zycia były generalnie znośne, nie działy się tu takie okropności jak w innych miekscach. Około 1600 osób zostało wysłanych do niemieckich obozów, z czego około 220 tam zginęło. Dzisiaj w budynkach mieszczą się muzea: Frøslev, Duńskiego Czerwonego Krzyża, UN, Obrony Cywilnej, Duńskich Wartowników/Straży a także Amnesty International i dwie szkoły.
Akurat jak my byliśmy, otwarte było tylko muzeum UN – czyli o żołnierzach duńskich w siłach międzynarodowych. Wystawa nosiła nazwę ‘Fra Gaza til Afghanistan”. To akurat nas średnio interesowało, liczyliśmy na coś z okresu wojny. No trudno, może kiedyś jeszcze. Teren zadbany, trawniki wystrzyżone, budynki odmalowane – prosty wygląd. Szkoda, że większość wystaw była zamknięta, to zostalibyśmy nieco dłużej a tak ruszyliśmy do Tønder. To ładniutkie, niezbyt duże miasteczko blisko granicy z Niemcami i Morza Północnego. Stanowiło (stanowi?) północny kraniec Fryzji. ‘Centrum’ to parę ulic z bardzo malowniczymi, dobrze zachowanymi domami + kościół Chrystusa (Kristkirken) + dwa muzea (ale przybyliśmy za późno). Sielskie miasteczko, ma coś w sobie z atmosfery lata i wypoczynku. I coś z Ribe. Warto zobaczenia, takie na pół dnia, myślę sobie.
4) Już od dawna chciałam zobaczyć Århus – drugie co do wielkości miasto w Danii, które w zależnośco od źródeł liczy od 220 000 do 300 000 mieszkańców. Czyli jak na standardy polskie, nic spekularnego. Prawdopodobnie najstarsze duże miasto skandynawskie. Samochód zostawiliśmy w centrum, w piętrowym parkingu zgrabnie wkomponowanym w zabudowę – do tego jeszcze wrócę w dalszej części. Miałam ze sobą mapkę z przewodnika, jak okazało się, bardzo pobieżną, co zostało mi wypomniane… ruszyliśmy wg niej i wychodząc poza centrum natrafiliśmy na znaki kierujące nas do Den Gamle By / Starego Miasta. To skansen, ale jakiego trudno szukać w Polsce. Ma już 100 lat, znajduje się tam ponad 70 budynków z różnych częsci Danii i z różnych okresów, które ułożone są na wzór renesansowego miasteczka. Najstarszy bydynek jest z roku 1550 a najnowszy z 1909. W Den Gamle By zobaczyć można np dom i zakład szewca, stolarza, handlarzy tytoniem, aptekarza itp – z pełnym wyposarzeniem. Nie do wszystkich pomieszczeń można wejść co prawda (chodzi pewnie o to, by nikt nie wyniósł ‘pamiątki’) ale w takim wypadku dokładnie można się przyjrzeć przez przezroczyste płyty. Dodatkowo można uciąć sobie pogawędkę z “żoną szewca’, ‘pokojówką‘ czy innymi postaciami. Kuchnie w trzech domach są rozpalane i się na nich gotuje, piecze itp. Każda z nich pochodzi z innego okresu i jeśli jest się szczęściarzem, można się na coś załapać. U piekarza można kupić słodycze i bułki robione wg starych przepisów, w księgarni książki i artykuły papiernicze a także zajrzeć do sprzedawcy wyrobów żelaznych. W zależności od sezonu mozna też zobaczyć działający targ z roślinami, sklep z tytoniem, pocztę i jarmark. Na ulicach posłuchać można… hmmm nazwijmy tego człowieka doboszem, który to informuje o zdarzeniach i atrakcjach w Starym Mieście. Poza tym przewijają się przerożni posłańcy i robotnicy, pastor wygłasza słowo boże, w małej zatoczce przewoźnik zaprasza na mini rejs, czeka też starodawcy plac zabaw. Czasami można natknąć się na pracujących ludzi: kowala, bednarza, rzeźbiarza czy piwowara. Konie ciągną dorożkę, koty przed nią umykają, gdzieś można natknąć się na kurczaki. Pięć różnych ogrodów i ogródków, muzeum zegarów i zegarków, muzeum zabawek, wystawa o sukniech wieczorowych, wystawa o tobace – to tyle pokrótce.
Widzieliśmy może z 5-7 ludzi poprzebieranych. Tuż przed Wielkanocą, kwiecień – to na pewno nie był szczyt sezonu. Ale za to tłoczno nie było. Czy warto było zobaczyć? Tak i jeszcze raz tak. Polecam. Wstęp 100 kr dla dorosłych a dla dzieci poniżej 18 roku życia za darmo. I chociaż nie wszędzie można wejść, to zakamarków i pokoi gdzie można się wpakować, jest wystarczająco. Mozna przysiąśc i zjeść czy to kupne w gospodzie czy własne w wydzielonym domku. Porobić pocztówkowe zdjęcia dla siebie i rodziny. Zdawałam sobie sprawę, że to może zająć troszkę czasu ale nie myślałamże az tyle… wiem, że wszystkiego nie widzieliśmy i z chęcią tam wrócę. Może o innej porze roku dla odmiany.
Wróciliśmy do centrum i… nie mogliśmy znaleźć ładnie wkomponowanego parkingu. Tego na którym zostawiliśmy samochód. Przez 1,5 h kręciliśmy się po centrum. To tu, to tam – strzeliliśmy fotki, zjedliśmy no i znaleźliśmy  w końcu Salling P-hus. Okazało się, że na samym początku wejścia w centrum byliśmy jakieś 100 metrów od niego. Ale uliczki nie poznaliśmy i postanowilismy się cofnąć dokładnie po swoich śladach :D W każdym razie Århus to miasto ładne, nowoczesne. Wrażenie robi dwupoziomowość w pewnym miejscu, gdzie ulice krzyżują się nad sobą a nie ze sobą. Dużo kafejek, rowerów. Po tylu, można już powiedzieć latach na prowincji, robi wrażenie.
4) Z pomocą Andrzeja naprawiliśmy kierunki w Fordzie. A także tylną klapę bagażnikową. Mieliśmy także okazję odprowadzić kucyka. To znaczy kucyk szedł od kępki trawy do innej kępki a ja z Marcinem na zmianę usiłowaliśmy go zaciągnąć do stajni. W końcu się udało…

Patrz –> Galeria

Tydzień w Polsce

środa, Lipiec 30th, 2008

Mam dziś humor nieco marudny, ale postaram się powstrzymać.

Podróż do Polski – bez problemów. Ruszyliśmy popołudniu, byliśmy około piątej nad ranem w Toruniu. Michał został w Gelballe, w dość nieciekawym, żeby nie powiedzieć ponurym nastroju. Ilonę właściwie widzieliśmy później tylko przelotem – wraz z Pszczołą załatwiała naprawę stacyjki w swoim samochodzie i inne sprawy przed szybkim powrotem do Danii – tak, tak, Ilutek dorobił się Forda Fiesty. W środe, wraz z Pszczołą i trzema kociurami, pojechała do Gelballe.

Babcia z Torunia jakby radośniejsza – dorabia sobie i nie musi już ciułać każdego grosza. Jak chce, to odkłada i kupuje – ma z czego. Teraz zbiera na laptopa… Jest też nie nasycona naszymi wizytami. Bez względy ile ich jest i jak długo one trwają. :P

Polska znów nas przytłoczyła szyldami, bilbordami i wielkimi płachtami reklamowymi. Jest tego tyle, że ja widzę tylko pstrokate zbiorowisko barw. Nic na to nie poradzę. A juz pod względem wielkich reklam na budynkach, wszystko przebiła Warszawa – teren wokół Pałacu Kultury. Płachta, płachta i obok… płachta.
A co robiliśmy w stolicy? Byliśmy tam przelotem w drodze do Krakowa – do lekarza Marcina. Tym razem postanowiłam się przejechać. Wyszukaliśmy bardzo ładne połączenie w jedną i drugą stronę – takie po około sześciu godzin każde. Okazja :P   Do lekarza wpadliśmy akurat na czas – staliśmy troszkę w korkach. Lekarki jeszcze nie było… i nie było przez kolejne dwie godziny!! @#$! Nerw mi puścił. Mieliśmy akurat dwie godziny w zapasie. Jak Marcin wchodził o 15.30, ja zamawiałam od razu taksówkę – gabinet znajduje się dość daleko od dworca kolejowego. Niestety, nie zdążyliśmy na pociąg – zabrakło jakiś 10 minut. Za to Marcin został zatrzymany za palenie na terenie dworca, zapłaciliśmy 50 zł za zmianę godziny na bilecie (jak się później okazało, zmiana działała tylko na na linii Kraków-Warszawa, o czym poinformował nas pan konduktor na linii Warszawa-Toruń), zjadłam najgorszą zapiekankę w moim życiu. Mieliśmy przymusową przerwę dwugodzinną w stolicy. Obeszliśmy teren wokół dworca, kupiliśmy kubeczek z Czesiem :) Zamiast być planowo na 21.00, byliśmy o 1.00…
ale tak w ogóle lekarka była zadowolona – jest postęp w leczeniu, po paru miesiącach zastoju. Marcin zostaje przy dotychczasowym, ‘wakacyjnym’ zestawie antybiotyków. Może się wystawiać na słońce :P

Ukoiliśmy nasze oczy widokiem Torunia następnego dnia ;) W ramach przypomnienia, jak to jest – mała przejażdżko-trzęsionka tramwajem. Człowiek od razu wie, że żyje. Zjadłam też pyszniutką toruńską zapiekankę. Najlepsza na świecie. Niestety nie dotarłam na to miejsce, gdzie można zobaczyć  widowisko dźwiękowo-świetlne przy fontannie. A chciałam.
Znów zmieniłam uczesanie. Podoba mi się. Muszę poczekać tylko, az odrośnie mi grzywka z poprzedniego ścięcia.

Tym razem było tylko jedno wyjście ze znajomymi – troszkę był z tym kłopot, bo zapomniałam wziąść swoją kartę Plus’a a tam cała lista była… heh, porażka. I na koniec, Marcin zmył się przed przyjściem ośmiu osób… ale to już nie pierwszy i nie ostatni cyrk związany z jedzeniem i przyjmowaniem tabletek. Już nawet nie komentuje. Szkoda, że tak wyszło, ale jak spojrzę w te niebieskie ślepia, nie mogę się długo gniewać  :)
Brakuje mi tych wszystkich twarzyczek kochanych :) Dobrze było zobaczyć, że Ania wyraźnie odżyła. Chodzi na ‘milongi’( i ma fajniutkie mieszkanko).

Dziadkowie z Golubia niepocieszeni faktem, że ani ja, ani Ilona, ani mama nie będziemy na 50-tej rocznicy ślubu. W pracy to chyba by mnie rozszarpali, gdybym powiedziała, że potrzebuje paru dni pod koniec lipca; a jeszcze czekała mnie przeprawa, jak powiedzieć, że mi się urlop o trzy dni wydłuży. Dziadkowie usiłowali namówić mamę, ale twardo odmawiała. Strzeliłam nieco fotek zdjęciom z albumu dziadków. Spróbuje to kiedyś jakoś poukładać.

Marcin był z kolei u swojej babci w Mlewie. Długo leżała w szpitalu w Warszawie i nieciekawie było. Coś z zapaleniem opon mózgowych, coś z uszami… niezbyt dobrze to wszystko wyglądało.

W poniedziałek jeszcze tylko parę spraw do załatwienia (jak np pobranie próbki krwi do badania DNA czy mam boreliozę, podtyp ten, co wyszedł u Marcina; zrobienie paru fotek)  i popołudniu ruszyliśmy na pociąg do Poznania… długo oczekiwany urlop nadchodził … Jesteśmy ze sobą cztery lata i dopiero teraz udało nam się wyjechać wspólnie i być tylko we dwoje  :D   lubię jeździć do Polski ale wypoczynkiem tego nazwać nie można :P

Patrz Galeria –>

Przyjazd Ilonki w listopadzie

niedziela, Marzec 16th, 2008

W drugim (chyba) tygodniu listopada przyjechała do nas Ilona. Podpisać papiery na pracę w SteamLine – co trzeba zrobić osobiście na policji.Pobyt się troszkę przedłużył:

- najpierw nie było szefa, który musiał się podpisać (trzy dni);

- potem czekaliśmy na kontrakt, który zapomniał dać nam Thomas (kolejne parę dni);

- czekanie do określonego dnia, bo wydział dla obcokrajowców na policji w Kolding działa trzy razy w tygodniu po dwie godziny;

- robienie nowych zdjęć, bo te które miała Ilona nie odpowiadały normom…

I tak pobyt z planowanych dwóch tygodni przerodził się w miesiąc… ja z Marcinem pracowałam i Ilut uwięziony na wsi – mieszkaliśmy u Egona jeszcze :] Ale troszkę doświadczenia w jeździe samochodem złapała, rozwożąc nas do pracy. Sister był także świadkiem głównej części przeprowadzki do Kolding.

Najsmutniejsza część przeprowadzki to ta, że Fufer musiał zostać u Egona. Na nowym mieszkaniu nie wolno nam trzymać zwierząt. Egon przywiązał się na swój sposób do kotów a następczyni powiedziała, że się kotem zajmie. Marcin kiedyś był tam, i coś w paski mignęło mu za plecami nowej lokatorki. Fufer nawet nie podszedł się powitać…

Patrz galeria  ––»

statystyka