Archive for the ‘jedzenie’ Category

Wielknanoc 2010

sobota, Sierpień 14th, 2010

Podróż do Torunia – bez problemów: ładna pogoda, bez większego ruchu. Pierwsze dni to bieg w poszukiwaniu restauracji/jadłodajni, gdzie będzie można zaprosić rodzinę i znajomych  + menu przyswajalne pod Marcina (czytaj antygrzybiczne). Trochę był kłopot, bo piątek/sobota nakładał się z postem/zamknięciem przed Wielkanocą – o czym w laicko-ewangelickiej Danii nam się zapomniało. No ale znaleźliśmy: Róża i Zen dla rodziny i Sphinx dla znajomych. Upewniliśmy się w obu miejscach, że w danych dniach nie będzie problemów z  terminami i ilością osób.
Środa – pół dnia w podróży ( Śląsk) a niemal druga w poczekalni u lekarza. Leczenie bez zmian, zestaw ten sam – wyniki krwi i wątroby super.
Czwartek to Róża i Zen popołudniem. Lokal przytulny, urządzony w stylu przedwojennym mieszczańskim. Nieco bibelotów: książki, albumy, maskotki, obrazy, serwety… Obsługa miła, jedzenie super (przynajmniej moja tarta z kurkami). Drink bezalkoholowy nieco przysłodki na mój gust – ale też się odzwyczaiłam od cukru, więc wiem, że to osąd mocno subiektywny.
W piątek zaszliśmy jeszcze upewnić się co do Sphinxa i do rezerwacji – no problem.
I nadeszła sobota – znajomi zebrani, wchodzimy do lokalu i … kelner oznajmia, że owszem miejsca są ale tu w tym rogu 6 osób, tam 4 tu 2 itp. !@#$%To my trzy razy zachodziliśmy się upewniać czy nie będzie problemu z 12 osobami i czy trzeba rezerwacje (”nie, dla takiej ilości osób nie”) i jak przychodzi co do czego to jeszcze wrócił sobie kelner do rozmowy z kimś tam przy barze (I to był ostatni raz jak nas tam zobaczyli – Sphinxowi w Toruniu mówimy NIE). Nam strasznie głupio w stosunku do gości ale na szczęście sytuacje uratował Karol, proponując Metropolis. I to był strzał w dziesiątkę. Menu długie, przyswajalne dla Marcina i ceny niższe niż w Sphinxie. Kelnerka przemiła, jedzenie super. Tak trzymać Metropolis! Na koniec piwko w Czeskim Śnie.

Patrz — > Galeria

Powrót w poniedziałek rano (lany tak zwany) – tak pustych dróg nie pamiętaliśmy, he he he. Myknęliśmy przez Polskę w rekordowo szybkim czasie ^^

Goście, goście :)

poniedziałek, Maj 24th, 2010

W niedzielę, spaliśmy raczej długo. Zanim się wszyscy wstali, najedli się i wykąpali… dobrze, że zdąrzyliśmy się wygrzebać na spacer po Kolding – zanim Madzia musiała wracać. Jeszcze wszystko było zasypane. Zamek, wychudzona rzeźba, najstarszy dom, przejście deptakami, sklep i cmentarz. Mokre buty. Marek z Olą odwieźli Loczka do Billund. Szkoda, że nie mogła zostać dłużej. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja :) Oby szybko :)
Następny dzień to Rømø i Ribe. Rømø – w okresie zimowym to nas tam jeszcze nie widzieli. Przenikliwe zimno ale co dziwne – nie wietrznie. Obowiązkowe zbieranie muszli. Ribe – wejście na wieżę, rzut oka na katedrę (tak, przyznali nam rację, że ołtarz jest dość awangardowy – polecamy wielbicielom twórczości Lovecrafta :D ). Przejście uliczkami, małe jedzonko i gorąca kawa…
Przed samym drzwiami czekała na nas niespodzianka – ślubny ‘tort’ ręcznikowy od nocnej zmiany EasyFood. Przyozdobiony figurkami, serduszkami, flagami i wróżbami – pomysłowe :) Wzruszyliśmy się. Coś po  tej trzydzieste, to jakoś tak częściej się wzruszamy.
Następny dzień to Odense. Muzeum Andersena – tam akurat mogę bywać często. Jest tam tyle do przeczytania, że właściwie muszę tylko przestać to robić chaotycznie i czytać co wizytę po kawałku i po kolei :P Obejrzeliśmy chyba z trzy czy cztery kościoły, . Nie mogliśmy doszukać się jakiejś bramy, ale przeszliśmy się najważniejszymi deptakami i parkiem (a jakże) Andersena, minęliśmy ratusz, zawiesiliśmy oko na rzeźbach. Ciepła kawka i na fioński bazar / Fyn Bazar. A to oznaczało opkupienie się w suszone owoce, tudzież w suszone owoce w czekoladzie, tudzież orzechy, tudzież dziwne wynalazki.  Pychotka. A zaraz po wyjściu z bazaru – odkrycie dnia – genbrug (rzeczy przechodzone – od łyżeczek, obrusów, ciuchów po książki i meble). Nigdy wcześniej tam nie byłam i nie spodziewałam się, że to takie wielkie. Ciekawe rzeczy.
Środa – niestety Marek z Olą musieli już wracać. Późne wstanie, ostatnie zakupy, mała drzemka – i ruszyli wieczorem…   :D

Patrz –> Galeria

Ślub cz. II

niedziela, Maj 16th, 2010

Gratulacje, kwiaty i następna para już zdążyła wejść – tutaj śluby w Ratuszu co 20 minut.
Wolnym kokiem (zresztą w tym śniegu szybciej byłoby niebezpiecznie), ruszyliśmy ku Cafe Carma. Stoły ustawione, podliczenie jeszcze dla pewności osób i pojawiły się talerze. Moim zdaniem posiłek dostosowany do pory (po 11.00) – bułki/chleb + jajko, ser, ser brie, naleśniki z dodatkami (syrop klonowy, mniam), dwa rodzaje wędlin, kiełbaski z boczkiem, masełko i kawa/herbata. Ciasto na koniec. Już tam musieliśmy rozpakować prezenty… przynajmniej te z pracy. Niemniej takich prezentów się nie spodziewaliśmy. Udane. Wzruszyliśmy się :P . Wszystko trwało z dwie godziny… gdyby niektórym pozwolić, to posiedzieli by jeszcze pewnie. Tego właśnie nie lubię w Danii – to siedzenie-chociaż-nie-wiem-już-po-co. Zaprosiliśmy wszystkich do domu na tort. Na niego troszkę poczekaliśmy, a ten miał być odebrany przez Jankę i Per’a, ta która go robiła gdzieś wyszła itp… No ale w końcu się pojawił. W międzyczasie Marcinowi obcięto końcówki skarpet – taki duński zwyczaj. Na szczęście.
Tort był bardzo dobry, leciutki, bez ciężkich kremów. Może warstwa wierzcnia lekko przysłodka – ale może to moja subiektywna ocena.
Po trzeciej chyba się już wszyscy rozeszli…

Od czwartej, zaczęli się schodzić pierwsi goście na część już mniej oficjalną. :) Dowiedzieliśmy się od Justyny, że jest taki odpowiednik duński naszego “gorzko gorzko”. Goście zamiast skandować, albo uderzają czymś w szklanki – para musi się wtedy wdrapać na krzesła i pocałować; lub, gdy goście tupią – para musi się pocałować pod poziomem blatu. Zwyczaj się spodobał. Siedzieliśmy przy stole od sofy, więc nie wystarczyło się schylić czy przykucnąć. Wręcz trzeba było się położyć… eh… Oczywiście nie obyło się bez kwestii – Andrzej:”Tupcie i pukajcie w szkło – zobaczymy co zrobią”. Toasty, śpiewy (”…my czterej pancerni…”), podrygi + alkohol (waniliowa szwedzka wódeczka, niestety nazwy nie pamiętam cholercia…). Szkoda, że Marek i Ola zlegli z powodu ogólnego zmęczenia (tj ciągłe niedosypianie). Dowiedzieliśmy się o następnym planowanym ślubie w październiku i o kupnie pierścionka zaręczynowego. Takie wiadomości pasujące do tego dnia. :)

Hiszpania – Sagunto

poniedziałek, Styczeń 4th, 2010

We wtorek ruszyliśmy na stację kolejową i po zapłaceniu około 4 Euro od osoby, każdy miał bilet w jedną i druga stronę.
Mieliśmy jakąś dobrą godzinkę do odjazdu, więc poszliśmy na spacer i tak właściwie za winklem trafiliśmy na bazar rozłożony wzdłuż ulic. Ciuchy, pierdołki, zegarki, obrusy, pościele, roślinki, paski, torebki – wszystko bliżej nieokreślonych firm ^^ Ale wiem, gdzie można by było w Walencji za tani pieniądz się ubrać O_o

Po godzince wróciliśmy na dworzec. Przystanek docelowy znajdował się koło górki, na której ostały się ruiny twierdz. Zagłębiliśmy się w miasteczko – labirynt ulic i uliczek rozłożonych wokół wspomnianej górki… wiele starszych domów wygląda na moje oko tak: wąski budynek, jedno-piętrowy, szerokie drzwi i nad nimi balkon tj drzwi balkonowe z barierką lub balkonik szeroki na sporą doniczkę… do całości dodajmy względnie okna poboczne. Mix domów zadbanych i niezadbanych, a także ulic wznoszących się łagodnie jak i stromo, liczne rośliny doniczkowe: na schodach, przy drzwiach, na balkonach, tarasach, parapetach. Kościoły stykające się z domami. W prześwitach między budynkami widać było ruiny – tylko jak do nich podejść?
Tak prąc naprzód, dotarliśmy do małego ‘ryneczku’ z paroma restauracyjkami. Niektórzy byli głodni. Za pomocą szczątkowego hiszpańskiego i trochę machania rękami dowiedzieliśmy się, że koło południa to my tapas możemy co najwyżej dostać. No to coś każdy wybrał: frytki, sałatka rosyjska i melon z szynką.
Ruszyliśmy dalej i w końcu dotarliśmy do drogi prowadzącej do ruin… uff… zaczęły się widoki (miasto, pola, góry i morze) :) oraz brzęczenie cykad. Po prawej stronie minęliśmy odremontowany teatr rzymski. Za bramę wiodącą do zamku, w cieniu budynku w stylu starożytno grecko-rzymskim (nie znam się ) siedział pan z laptopem i wręczał bilety, choć wstęp wolny. Pewnie liczą turystów. Gorąco. A my już wiedzieliśmy, że duzó będzie do obejścia…
Sagunto / Sagunt było w czasach starożytnych osadą Iberów, następnie grecką kolonią Saguntum, a od III w. p.n.e. sprzymierzyło się Rzymem – do tego czasu znane pod nazwą Arse; Kartagińczycy w 219 p.n.e. zdobyli Sagunto  pod wodzą Hannibala, co doprowadziło do wybuchu II wojny punickiej; około 212 p.n.e. dostało się pod panowanie Rzymu; w VIII w. zajęte przez Arabów, którzy władali miastem do 1248; dopiero w 1. połowie XIII w. włączone do Aragonii. W średniowieczu znane jako Murviedro.
Widoki – przepiękne, w jakąkolwiek by nie spojrzeć stronę. Zamek był budowany i zmieniany po kolei przez Iberów, Kartagińczyków, Rzymian, Maurów i Francuzów. Długaśny pas murów pochodzi głownie z okresu arabskiego i francuskiego.

I tak zaczęliśmy to wszystko obchodzić. I parę kilosów zeszliśmy… nawet dzisiaj ruiny robią wrażenie – co dopiero w czasach, kiedy to tętniło życiem. Zabezpieczono tylko co najbardziej niebezpieczne elementy, także można było swobodnie spacerować i zaglądać w zakamarki – na ile pozwalały liczne kaktusy (nigdy, ale to nigdy nie dotykajcie żadnej części tych podstępnych roślin, nawet jeśli nie widać kolców, i nawet jeśli coś wydaję się być owocem :P ) Ania z Marcinem się przypiekli – ja tam co rano smarowałam się mazidłami przeznaczonymi na bycie w słońcu :P Pękły moje ukochane okulary przeciw słoneczne. Większość czasu więc mrużyłam oczy od nadmiaru światła.

Czy było warto to zobaczyć?
Pewnie! :)

Patrz ––› Galeria

Tego popołudnia padliśmy…

Hiszpania – centrum / starówka w Walencji

niedziela, Grudzień 20th, 2009

W Walencji uwielbiają bagietki. Bagietki wszelakiej wielkości… o ciemnym pieczywie można zapomnieć. W piekarno-cukierni można za to zaopatrzyć się w przeróżne ciasteczka i rogaliki-croissant. Dooobre :) Niestety nim się zdecydowałam zrobić zdjęcie – już go nie było. Mówię o torcie z przystrojeniem w bramkę od piłki nożnej z balonikami. I nie było to płaska kompozycja :O

W niedzielę znów zalegliśmy na plaży. Woda – słońce – kukurydza. Ciepłooooo … a w ramach ruchu wieczorny spacer do pasa zieleni i urzędowanie na placu zabaw :)

Poniedziałek to wyprawa na starówkę-centrum. Nowsza część robi wrażenie rozmachem budowli. Te wielkie partery, zdobienia, place…
Starsza część miasta charakteryzuje się wąskimi uliczkami.  Domy są wysokie, więc wypatrywanie zabytków było dość ciężkie. Zwłaszcza, że kościoły tamtejsze stykają się z innymi budynkami. Jeśli coś interesującego się widziało, trzeba było od razu podążąć za widokiem :) O ile nie stało się na jakimś placu, to trudno często było zrobić zdjęcie – z braku miejsca wlaśnie. To co odróżnia stare budynki polskie a hiszpańskie to rodzaj budulca. W Polsce to ciemne cegły, w Hiszpanii – jasne (tudzież jakieś jasne kamienie). Coś innego :) i tak, warte zobaczenia. Szkoda, że tak poszliśmy bez przygotowania – może warto byłoby wcześniej pójść do jakiegoś punktu informacyjno-turystycznego. A tak, nasza wycieczka była bardzo chaotyczna: na początku z mapą, potem co przyciągnęło nasz wzrok… i tak się błakaliśmy :)
Weszliśmy do katedry – 4 euro od osoby + dokument jako depozyt za urządzonko, przypominające starą komórkę. W katedrze w rożnych miejscach mozna było napotkać numery – wciskając określony numer i przystawiając ‘telefon’ do ucha, można było odsłuchać opis/historię danego obiektu/części. Duża budowla. Warta odwiedzenia.

Na koniec zgłodnieliśmy i przysiadliśmy przy stoliku w dość wąskiej uliczce. I tak za 10 Euro od osoby mieliśmy przystawkę, danie główne i deser. Pyszniutkie. Ku przestrodze napiszę, że jeśli zamówicie kiedyś młode kalmary w cieście – mogą na was patrzeć z talerza… Ania za to już po przystawce (paella) już była dość najedzona… w końcu napiłyśmy się sangrii z owocami. Mniam.

statystyka