Grecja cz. V – Ostatnie dni, jedzenie i wyjazd
Dwa ostatnie dni już bez ekscesów. Próba opalanie się – wciąż dokuczały mi przypieczone nóżki. Spacerek, tawerna, piwko, wieczorkiem znów deptak plażowy. Nazajutrz pokoje miały być zdane o 10.oo rano, a odjazd mieliśmy dopiero koło 18.oo. Porażka. Na szczęście mogliśmy w hotelu zostawić bagaże. Właściwie taki nieco zmarnowany przez to dzień. No bo ile można kupować i wysyłać kartki, kupować pamiątki, chodzić po miasteczku? Opalanie wciąż nie wchodziło w grę.
Kali oreksi
Mnie greckie jedzenie smakowało. Nawet bardzo. Nie różni się generalnie jakoś wielce od naszego, nie jest wymyślna ale wnosi coś nowego:
- kotosupa – rosół z kurczaka;
- tomatosupa – zupa pomidorowa;
- kremidosupa – zupa cebulowa;
- Kokinisto – cielęcina w sosie pomidorowym. Pychotka, mięsko niemal się rozpływało w ustach;
- Snitsek kotopulo – sznycel z kurczaka. Wersja, którą smakowaliśmy, była grubo przesolona;
- Stifado – duszona cielęcina z cebulkami. Znowu pychotka;
- Makaronia me kima – spaghetti z mięsem mielonym. Nic, czego byśmy nie znali :p ;
- Kalamaria tiganita – kalmary smażone w cieście. Dobre;
- nazwy nie pamiętam – deser z kaszy mannej. Jemy i w Polsce
;
- pastisio – znów makaron-rurki z mięsem mielonym + tymianek;
- musakas – zapiekanka bakłażanowa z mięsem mielonym i ziemniakami. Lazania inaczej;
- suwlaki – szaszłyk;
- lahanodolmades – gołąbki z ryżem i mięsem mielonym, zawijane w liście winogron;
- gemista – papryka i pomidory faszerowane ryżem i mięsem mielonym.
Do tego w tawernach padawali patates frite / frytki, rizi / ryż, patates furnu / ziemniaki zapiekane.
Przekąski i sałatki były proste, żadne wymyślności:
- angurodomata – ogórek z pomidorem;
- tzatziki – jogurt z ogórkiem;
- horatiki – sałatka grecka, zwana też chłopską – czyli pomidor, ogórek, oliwki, feta i cebula;
- karoto-lahano – kapusta z marchwią.
Picie? Alkohol? Bardzo poularna jest tu kawa. Wybór herbat niewielki:
- kawa po grecku – niewiele, bardzo stężona i z grubym osadem na dnie. Podawana ze szklanką wody lub całą karafką wody;
- frappe – kawa na zimno, rozpuszczalna, z kostkami lodu, z wody mineralnej i padawana w wysokiej szklance;
- wina białe i czerwone, wytrawne i półsłodkie, np młode wino Retsina, robione podobno tylko przez Greków, żywiczne albo Samos, wino deserowe, słodkie o 10-15% zawartości alkoholu, obecnie wino to jest wzmacniane czystym alkoholem, przez co zawartość alkoholu podnosi się do około 15-20 %, podaje się go jak likiery, w niewielkich kieliszkach do win deserowych.;
- ouzo – coś w rodzaju duńskiego sznapsa, 48-procentowy alkohol doprawiany ziołami anyżu lub kopru;
- Metaxa/Mataxa – rodzaj brandy, robiona z winogron, pije się ją czystą lub na lodzie, a także z tonikiem, sokiem pomarańczowym, grejpfrutowym i w koktajlach.
- piwa jakie można spotkać to Kaiser, Amstel, Heineken, Mythos (mój ulubieniec, orzeźwiające).
Cokolwiek zamówiłeś do jedzenia to przeważnie stawiono koszyczek z chlebem. Częsty składnik niespotykany u nas to bakłażan. Sałatki jak nie były już polane oliwą, to ta stała obok. Najlepsza sałatka była zrobiona ze schłodzonych warzyw – wg mnie. Jeśli w niej miała być feta, to krojona grubo albo wręcz leżały dwa wielkie płaty tego sera – nie jak u nas krojona w kosteczkę. Zresztą warzywa też były krojone grubo. Dla mnie pychotką była suvlaki pita – zawinięte w placek pita kawałeczki grillowanego mięsa z frytkami, choć słyszałam też o wersji z pomidorami, ogórkami, cebulą i sosem czosnkowym, zamiast frytek. Pita była mięciutka, czuć, że była nasączona tłuszczem. Nie te twarde skorupy, które jadłam w Danii… Warto było zwrócić uwagę, gdzie chodzą jeść miejscowi. A zwykle chodzili do tych nie aż tak wymuskanych czy eleganckich. Czuć było jednak różnicę.
Generalnie panuje tu zasada – im później, tym większy posiłek. Niezbyt to zdrowo ale rozumiem przypominając sobie temperatury w ciągu dnia.
Przytyłam po Grecji dwa kilo…
Odjazdu nadszedł czas. Z żalem wielkim wsiedliśmy do autobusu a potem do samolotu. To był udany wyjazd, odskocznia od wszystkiego. Potrzebowaliśmy tego. Tylko żal, że tak krótko. Marcin nie zapali ani jednego papierosa w Grecji.
Odprawa w Salonikach w porównaniu do Poznania była lajcikowa. Strażnicy nie byli tak formalni i bez uśmiechu jak i nas. Za to zaskoczeni byliśmy niemile faktem, że w poczekalni po odprawie, pozamykane były jadłodalnie. No niby noc, ale z drugiej strony wielkie lotnisko… Tylko jakaś kanapkarnia otwarta z niemiła obsługą i bez ciemnego chleba dla Marcina. Życie.
Polska przywitala chłodem – ja w krótkich spodenkach, przytomnie jednak zostawiłam w torbie spodnie na wierzchu. Brak miejsc siedzących w pociągu, czekanie po nocy na stacjach. Połączenia Poznań-Toruń w nocy są delikatnie powiedziawszy, nie najlepsze. Przyjazd, sen i na 18.oo na dworzec na autobus do Danii. Tym razem bez żadnej przesiadki, nawet w Hamburgu. Pierwszy raz mi się to zdarzyło – bez minibusu! Hurra!



