Archive for the ‘Grecja’ Category

Grecja cz. V – Ostatnie dni, jedzenie i wyjazd

środa, Wrzesień 17th, 2008

Dwa ostatnie dni już bez  ekscesów. Próba opalanie się – wciąż dokuczały mi przypieczone nóżki. Spacerek, tawerna, piwko, wieczorkiem znów deptak plażowy. Nazajutrz pokoje miały być zdane o 10.oo rano, a odjazd mieliśmy dopiero koło 18.oo. Porażka. Na szczęście mogliśmy w hotelu zostawić bagaże. Właściwie taki nieco zmarnowany przez to dzień. No bo ile można kupować i wysyłać kartki, kupować pamiątki, chodzić po miasteczku? Opalanie wciąż nie wchodziło w grę.

Kali oreksi

Mnie greckie jedzenie smakowało. Nawet bardzo. Nie różni się generalnie jakoś wielce od naszego, nie jest wymyślna ale wnosi coś nowego:
- kotosupa – rosół z kurczaka;
- tomatosupa – zupa pomidorowa;
- kremidosupa – zupa cebulowa;
- Kokinisto – cielęcina w sosie pomidorowym. Pychotka, mięsko niemal się rozpływało w ustach;
- Snitsek kotopulo – sznycel z kurczaka. Wersja, którą smakowaliśmy, była grubo przesolona;
- Stifado – duszona cielęcina z cebulkami. Znowu pychotka;
- Makaronia me kima – spaghetti z mięsem mielonym. Nic, czego byśmy nie znali :p ;
- Kalamaria tiganita – kalmary smażone w cieście. Dobre;
- nazwy nie pamiętam – deser z kaszy mannej. Jemy i w Polsce :) ;
- pastisio – znów makaron-rurki z mięsem mielonym + tymianek;
- musakas – zapiekanka bakłażanowa z mięsem mielonym i ziemniakami. Lazania inaczej;
- suwlaki – szaszłyk;
- lahanodolmades – gołąbki z ryżem i mięsem mielonym, zawijane w liście winogron;

- gemista – papryka i pomidory faszerowane ryżem i mięsem mielonym.

Do tego w tawernach padawali patates frite / frytki, rizi / ryż, patates furnu / ziemniaki zapiekane.
Przekąski i sałatki były proste, żadne wymyślności:
- angurodomata – ogórek z pomidorem;
- tzatziki – jogurt z ogórkiem;
- horatiki – sałatka grecka, zwana też chłopską – czyli pomidor, ogórek, oliwki, feta i cebula;
- karoto-lahano – kapusta z marchwią.
Picie? Alkohol? Bardzo poularna jest tu kawa. Wybór herbat niewielki:
- kawa po grecku – niewiele, bardzo stężona i z grubym osadem na dnie. Podawana ze szklanką wody lub całą karafką wody;
- frappe – kawa na zimno, rozpuszczalna, z kostkami lodu, z wody mineralnej i padawana w wysokiej szklance;

- wina białe i czerwone, wytrawne i półsłodkie, np młode wino Retsina, robione podobno tylko przez Greków, żywiczne albo Samos, wino deserowe, słodkie o 10-15% zawartości alkoholu, obecnie wino to jest wzmacniane czystym alkoholem, przez co zawartość alkoholu podnosi się do około 15-20 %, podaje się go jak likiery, w niewielkich kieliszkach do win deserowych.;

- ouzo – coś w rodzaju duńskiego sznapsa, 48-procentowy alkohol doprawiany ziołami anyżu lub kopru;

- Metaxa/Mataxa – rodzaj brandy, robiona z winogron, pije się ją czystą lub na lodzie, a także z tonikiem, sokiem pomarańczowym, grejpfrutowym i w koktajlach.

- piwa jakie można spotkać to Kaiser, Amstel, Heineken, Mythos (mój ulubieniec, orzeźwiające).

Cokolwiek zamówiłeś do jedzenia to przeważnie stawiono koszyczek z chlebem. Częsty składnik niespotykany u nas to bakłażan. Sałatki jak nie były już polane oliwą, to ta stała obok. Najlepsza sałatka była zrobiona ze schłodzonych warzyw – wg mnie. Jeśli w niej miała być feta, to krojona grubo albo wręcz leżały dwa wielkie płaty tego sera – nie jak u nas krojona w kosteczkę. Zresztą warzywa też były krojone grubo. Dla mnie pychotką była suvlaki pita – zawinięte w placek pita kawałeczki grillowanego mięsa z frytkami, choć słyszałam też o wersji z pomidorami, ogórkami, cebulą i sosem czosnkowym, zamiast frytek. Pita była mięciutka, czuć, że była nasączona tłuszczem. Nie te twarde skorupy, które jadłam w Danii… Warto było zwrócić uwagę, gdzie chodzą jeść miejscowi. A zwykle chodzili do tych nie aż tak wymuskanych czy eleganckich. Czuć było jednak różnicę.

Generalnie panuje tu zasada – im później, tym większy posiłek. Niezbyt to zdrowo ale rozumiem przypominając sobie temperatury w ciągu dnia.

Przytyłam po Grecji dwa kilo…

Odjazdu nadszedł czas. Z żalem wielkim wsiedliśmy do autobusu a potem do samolotu. To był udany wyjazd, odskocznia od wszystkiego. Potrzebowaliśmy tego. Tylko żal, że tak krótko. Marcin nie zapali ani jednego papierosa w Grecji.

Odprawa w Salonikach w porównaniu do Poznania była lajcikowa. Strażnicy nie byli tak formalni i bez uśmiechu jak i nas. Za to zaskoczeni byliśmy niemile faktem, że w poczekalni po odprawie, pozamykane były jadłodalnie. No niby noc, ale z drugiej strony wielkie lotnisko… Tylko jakaś kanapkarnia otwarta z niemiła obsługą i bez ciemnego chleba dla Marcina. Życie.

Polska przywitala chłodem – ja w krótkich spodenkach, przytomnie jednak zostawiłam w torbie spodnie na wierzchu. Brak miejsc siedzących w pociągu, czekanie po nocy na stacjach. Połączenia Poznań-Toruń w nocy są delikatnie powiedziawszy, nie najlepsze. Przyjazd, sen i na 18.oo na dworzec na autobus do Danii. Tym razem bez żadnej przesiadki, nawet w Hamburgu. Pierwszy raz mi się to zdarzyło – bez minibusu! Hurra!

Grecja cz. IV – Petralona

sobota, Wrzesień 13th, 2008

W sobotę pojechaliśmy zwiedzać jaskinię – dokładnie Petralonę, znajdującą się na południe od Salonik, w górze Katsika. Została ona odkryta przez pasterza kóz, któremu się wydawało, że słyszał dźwięk wody w pobliskiej dziurze. Troszkę to trwało, zanim namówił mężczyzn z pobliskiego miasteczka ale w końcu w 1959 roku, poszli do tego miejsca i wykopali siedmiometrowej głębokości dziurę – szukali wody ale znaleźli jaskinię. Teraz jest ona atrakcją turystyczną. Tutaj znajdują się szczątki pierwszego greckiego człowieka oraz liczne pozostałości po zwierzętach.

Pierwsze naukowe przeszukanie jaskini zostało zrobione przez wielkiego, starszego, greckiego speleologa – Ioannis’a Petrocheilos’a. To on znalazł liczne kości zwierząt, z których wiele było pokryte naciekiem jaskiniowym.

Rok później odkryto czaszkę człowieka, która to znajdowała się 30 cm nad gruntem, ponieważ niejako ‘wrosła’ w ścianą poprzez nacieki. Czaszka Archanthropusa, formy przejściowej pomiędzy Homo erectus a Homo sapiens, okazała się sensacją naukową. To było pierwsze odkrycie Archanthropusa w Grecji a także fakt, iż ta jaskinia była zamieszkana 600 000 – 700 000  lat temu.

Głowna część prac wykopowych prowadzona była  przez antropologa dr Aris’a N. Poulianos’a, który spędził w tej jaskini wiele lat. Opublikował wiele artykułów w przeróżnych czasopismach, szczególnie w Anthropos – greckim antropologicznym magazynie. Napisał książkę, dostępna w języku greckim, angielskim i niemieckim. Jego teorię stały zawsze w opozycji do ustanowionej i powszechnej paleontologii, więc miał wiele problemów ale wiele z jego teorii zostało później zaakceptowanych.

Znaleziska, wliczając w to kości hien, lwów, jeleni i innych zwierząt, są prezentowane w pobliskim muzeum. Tam znajdują się także kamienne narzędzia zrobione z krzemienia, boksytów i kwarców. Wiele kości pokryte jest naciekami a część z nich jest strzaskana. Cała wystawa ma podpisy w języku greckim i angielskim.

To tyle wstępu :P (źródło showcaves.com oraz gohalkidiki.com)

Ta wycieczka trwała pół dnia, było na niej kilkanaście ludzi z półwyspu Kassandra. Przewodniczką była wielka (ale nie gruba), przerażająca Serbka, której imienia niestety nie pamiętam. Miała przypinkę w stylu ‘Kosovo je nasze’.  Zanim dojechaliśmy do Petralony, był czas na kawkę w przejezdnym miasteczku, które akurat przechodziło remont przyplażowej ulicy… Dojazd od stóp góry do samej jaskini odbywał się przez jednego i właściwego przewoźnika, więc trzeba było się przesiąść. Przed wejściem dowiedzieliśmy się, że nie można robić zdjęć. Wielce szkoda, bo jaskinia była przepiękna a porządnego albumu ze zdjęciami nie można było kupić.  Po prawdzie, to nieporządnego było też brak. Nawet te parę pocztówek nie zachęcało do kupna, były strasznie wyblakłe od słońca i w sumie człowiek nie wiedział jak będzie wyglądać to co kupi. Za to można było kupić cieńkie, średnie lub opasłe opracowanie naukowe na temat tej jaskini. No i jeszcze trzeba było sobie kupić bilet. Jakby nie można było tego wliczyć w koszt tej całej wyprawy. Denerwują mnie takie rzeczy jeśli nie były wcześniej zaznaczone.

W środku przyjemny chłodek, przewodnik anglojęzyczny. Dla nas szczątki jak szczątki, często trudno było dostrzec, że to kość czy narzędzie. Ale jaskinia – te wszystkie stalagmity, stalaktyty i stalagnaty o których się uczyło w szkole, widziane w mini i makro wersjach, podświetlone. Przepiękny i niezapomniany widok. Od razu człowiekowi zaświtała myśl, jakby to szczęściem niepojętym byłoby móc zagrać tam w sesję. Już nawet człowiek nieśmię mówić o larpie ale tak przysiąść gdzieś i rzucić kostkami. Wracając do rzeczywistości, do tego tu i ówdzie oczka wodna, skapujące krople, niesamowite cienie… Chodziło się po zamontowanych płytach metalowych z poręczami – w sumie po dnie mogło by być nieco trudno się poruszać. Z żalem wychodziliśmy. Jeszcze bieg do muzeum – to akurat takie tam :P i zjazd z jedynym i właściwym przewoźnikiem i do naszego autobusu. Po drodze wstęp do ‘zaprzyjaźnionej’ knajpki, utknięcie w korku i byliśmy około 15 z powrotem.

Chociaż sama wizyta w jaskini w porównaniu do całości trwania tej wycieczki to niewiele, to i tak bardzo miło zapamiętany tą wycieczkę. Jeszcze raz bym pojechała dla widoczków jaskiniowych.

Tego dnia jeszcze zwlekliśmy się na basen i wieczorem już jak zwykle na deptak plażowy ;)

Grecja cz. III – opalanie się i Zatoka Toronejska

niedziela, Sierpień 31st, 2008

Następny dzień przeznaczony był na odpoczynek i plażę. Jak już dotarliśmy do piachu, który był 5 minut drogi od hotelu, wróciliśmy się po akcesoria: parasol i materac. To był dobry zakup: Marcin nie lubi się smażyć a tak posiedział pod parasolem na plaży i poczytał, a na materacu się uwiesiliśmy i ruszyliśmy w morze :P jesteśmy dwoma goblinami, które teoretycznie pływają ale w praktyce nie… z różnych powodów.

W Pefkochori i na większości Halkidiki, szybko robi się głęboko. Co prawda spoglądając przez nasz wizjerek w materacu, dno wydawało się bardzo niedaleko, to jednak jak przypatrzyło się swojej stopie a dnu – widać było, że spora odległość między nimi była.

Spaliliśmy się – ja nogi, które niezbyt dokładnie nasmarowałam (bo zawsze mam z nimi problem by się zrumieniły) a Marcin twarz, której w ogóle postanowił nie smarować (kremy są tłuste i ble)  :P   Pani rezydentka miała racje – krem o faktorze 30 to nie przesada. My mieliśmy 20 na ciało i 30  na twarz oraz znakomity krem Garnier’a (a co tam, polecę i zareklamuje) “po” opalaniu, który naprawdę nas uratował…

Wieczorkiem w końcu doszliśmy do końca nadbrzeżnego deptaka – czyli do małego wesołego miasteczka.
Koniec końców wróciliśmy, by się wysmarować kojącym balsamikiem “po”…

Następnego dnia w planach był rejs po Zatoce Toronejskiej. Już przy molo miny nam zrzedły – dwa statki już wyglądały na zapchane, a ludzie nadchodzili i nadchodzili… jednak weszliśmy na pokład. Miejsc przy stoliczkach czy na ławkach nie było. Przycupnęliśmy na skrzyni przy dziobie. A ludzie nadal się schodzili… jak już ludzie przycupnęli nawet przy barierkach, to ruszyliśmy.

Wg opisu, miał to być “rekreacyjny rejs statkiem poprzez szmaragdowe wody Zatoki Toronejsiej. Na odkrycie czekają ukryte zatoczki i lśniące piaszczyste plaże (…) przystaniemy przy malowniczych zatoczkach oraz odwiedzimy nadmorski kurort…”.

No tak… na szmaragdowe wody to się napatrzyliśmy, nawet za dużo, spoglądając tęsknie na ląd na horyzoncie… Myślałam, że będzie to rejs wzdłuż półwyspów a był to rejs pomiędzy półwyspami… 90%  ludzi okazało się być Serbami, mniej czy bardziej się znającymi, i po jakieś godzinie zaczęły się tańce przy greckiej muzyce. Serbom to w graj. I tak pływająca danz-buda dopłynęła do jakieś plaży na Sithonii. Statek dosłownie wbił się w plażę. Nawet szczególnie nie hamował. Musiałam mieć równie zdziwioną minę co nieliczni plażowicze. Trap wystawiony i okazało się, że mamy prawie dwie godziny do własnej dyspozycji. Serbowie, najwidoczniej lepiej doinformowani, wzięli pod pachę swoje parasole plażowe i ręczniki, i porozstawiali się na plaży. Rozejrzeliśmy się wokół i wzięliśmy kurs na ruiny, które były niedaleko. Jak już obeszliśmy wszystko co się dało, zeszliśmy na jedną z tych ‘ukrytych zatoczek’. Pusta była z tego względu, że na plaży była z dwu metrowej szerokości, dziesięciocentymetrowa warstwa zeschnietych wodorostów. Gdyby się zebrać i odgarnąć nieco tego, można by mieć kawał fajnej plaży tylko dla siebie :) Tym bardziej, że zatoczka od tyłu była częściowo okolona przez skałę, która dawała cień…

Wróciliśmy na statek, zdobyliśmy miejsce na ławeczce i na wpół senni dobiliśmy do miasta zwanego Neo Marmaras. Tam mieliśmy około godziny – niewiele w sumie. Poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia i trza było wracać.

Następne w planie było dopłynięcie do Wyspy Żółwi / Marathonis, gdzie można było skakać do wody prosto ze statku. Jedno trzeba przyznać, tam woda miała kolor iście pocztówkowy. W oddali mignęły delfiny, niestety jakiś kretyn chciał chyba do nich podjechać motorówką i tyle było z oglądania morskich ssaków :P Dwa gobliny popatrzyły, jak inni sobie skaczą i pływają… potem już prosto do Pefkochori i koniec rejsu około 17.oo.

Ta wycieczka średnio nam się udało, bo czegoś innego się spodziewaliśmy: nie takiego upchania ludzi oraz byliśmy rządni większej ilości widoków…

Patrz -> Galeria

Na pocieszenie wieczorem rozwaliliśmy troszkę kasiory w automatach do wyciągania maskotek a ja upolowałam w sklepie zgrabniusią parasolkę na słońce w stylu chińskim :)

Grecja cz.II – Meteory

poniedziałek, Sierpień 25th, 2008

Meteory zaczynały się bodajże od 7 rano. Prawie zaspaliśmy. Daliśmy rade dotrzeć w dwadzieścia minut od podniesienia powieki do wpadnięcia do autokaru.

W Salonikach wsiadła Pani w czerwonej Sukience. Polka, która wyszła za Greka, mieszka tu już jakieś kilkanaście lat, pracuje, ma dziecko. Przewodnik to dla niej praca ekstra. Bardzo gadatliwa. Początkowo troszkę mnie to drażniło, bo chciałam się troszkę przespać w autobusie, ale w sumie to ciekawych drobnych rzeczy się dowiedziałam. Np że:

  • płaci około 120 euro na rok za wodę, podobna suma za prąd ale za dwa miesiące;  mówiła co za rośliny widzimy na polach;
  • o chrzcinach swojego dziecka (czyli obmycie go w świętych olejach i niemożność wykąpania go przez trzy dni a pampersy z tego okresu trzeba było spalić, bo otarły się o święte oleje, nie mogła przeżegnać się po katolicku – Grecja to prawosławni w większości);
  • o stawianiu kapliczek przy drogach kiedy ktoś zginie w wypadku albo gdzieś na terenie, na którym znajduje się firma czy dom, by zapewnić pomyślność. Właściwie każdy powód dobry, by postawić kapliczkę. Minęliśmy nawet parę wytwórni takowych – małe i wielkie, skromne i z przytupem;
  • w Grecji studiuje się do oporu, do zdania w końcu egzaminu. Jeśli ktoś dostanie się na studia medyczne, to już od pierwszego roku gratuluje się rodzinie studenta lekarza;
  • Grecja rodziną stoi – jeśli twój tata jest politykiem, prawdopodobnie pójdziesz w jego ślady, jeśli prowadzi restaurację, to będziesz to kontynuował itp;
  • pójście do lekarza w tym kraju to koszmar, nikomu nigdzie się nie spieszy, bałagan organizacyjny.

Do Meteorów z Halkidiki było parę godzin jazdy. Przystając gdzieś po drodze na kawę, Marcin zwrócił moja uwagę na góry ukazujące się nad stacją benzynową. Dwa potężne szyty, lekko zamglone, jeden o białym czubku. Później się dowiedziałam, że patrzyliśmy na Olimp, koło którego jechaliśmy trasą przez Dolinę Tembi.

Przejechaliśmy przez Larisę/Larysę (wg Pani w Czerwonej Sukience – drogie miasto, nowobogackie i nic ciekawego). Potem żółta kraina – Tesalia. Zanim dojechaliśmy do Meteorów, zawleczono nas do wytwórni ikon, gdzie każdy zostawił większą lub mniejszą sumkę…

Meteory to niemal pionowe skały o wysokości do kilkuset metrów w północno-zachodnim krańcu równiny tesalskiej. Na niektórych szczytach znajdują się klasztory. Do dnia dzisiejszego zachowało się ich siedem a zwiedzać można sześć:

– Warlaam /  Varlaam;
- Wielkiego Meteora / Przemienienia Pańskiego / Megalou Meteorou;
- Świętego Stefana / Agios Stefanos;
- Świętego Mikołaja Anapafsa / Agios Nikolaos;
- Russanu / Świętej Barbary,
- Świetej Trójcy / Agia Triada;
- Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie (zamknięty prawie zawsze).

Tradycja głosi, że na skalne bloki pierwsi pustelnicy wspięli się już przed X wiekiem naszej ery. Zamieszkiwali w jaskiniach i zagłębieniach skalnych, tworzyli modlitewnie, gdzie studiowali religijne ortodoksyjne teksty. Religia nakazywała jedna brać udział we Mszy Świętej, a tą przewodził kapłan. Pustelnicy chodzili więc do kościoła Archaniołów, później do kościoła Matki Boskiej a w końcu do wybudowanego kościółka u podnóża Meteorów w Dupiani (około XI w.). Z czasem powstał Klasztor Dupiani i kościół główny “Protaton”. Minęło jedno stulecie, drugie, trzecie. Zaczęły się liczne najazdy różnych nacji (Franków, Serbów, Albanów, Turków). Wygnani przez korsarzy, w 1344 do Meteorów przybył Atanasios ze swoim mentorem Grigoriosem. Osiedli na jednej ze skał – Słupie Stagów – i mieszkali tam dziesięć lat. Atanasios postawił przed sobą cel – zbudowanie dobrze zorganizowanego klasztoru, jak w miejscu z którego musiał uciec – z Agion Oros. Zebrał czternastu mnichów z okolicy i razem wdrapali się Szeroką Skałę – skałę-blok wysoką na 613 metrów nad poziom morza i 413 nad pobliskim miastem Kalambaki. Zaczęli budować Klasztor Wielkiego Metora. Atanasios Meteoryta dał  podwaliny pod zasady życia zakonnego w Meteorach. Dzieło dokończył Joasaf – dzięki datkom od licznych wiernych. Przez kolejne lata powstawały kolejne klasztory – było ich 24. Powstało prężne i dobrze zorganizowane państwo klasztorne. Wszystko jednak ma swój początek i koniec – to państwo podupadło a dzisiaj funkcjonuje tylko sześć klasztorów. Z pozostałych zostały ruiny a czasem nawet i nie to…

Pozostali nieliczni mnisi doglądają budynków, pracują jako doglądacze turystów :P a w wolnym czasie modlą się i studiują pisma teologiczne. Przez większość roku poszczą.

Szacuneczek dla kierowcy autobusu – to co on wyczyniał na wąziutkiej, zatłoczonej szosie, jest pełne podziwu. Nam się z Marcinem słabo robiło. Kierowca nie był brawurowy, o nie, po prostu był dobry, naprawdę dobry.

Na dzień dzisiejszy do każdego z klasztorów prowadzi dogodne dojście – schody, pomosty itp. w przeszłości dostać się można było po systemie drabin i lin, wspinania lub wciągania przez innych na górze – w siatkowej wielkiej torbie… (Zapytany kiedyś zakonnik na pytanie jak często zmieniają liny miał odpowiedzieć, że jak się zerwą…)

Widoki – przepiękne i niezapomniane. Widoczność wzorcowa. Wszystko z osobna i razem zapiera dech. I to pytanie – jak ktoś w średniowieczu mógł zbudować cokolwiek na takiej wysokości? No jak?

Byliśmy w dwóch klasztorach: Warlaam i Russanu. Pani w Czerwonej Sukience powiedziała, że te dwa są jej zdaniem najbardziej reprezentatywne oraz że każdy z nich pomalowany jest w nieco inaczej chodź wg ściśle kreślonych zasad.

Na pierwszy ogień poszedł klasztor Warlaam. W XIV w. pustelnik o imieniu Warlaam wdrapał się na skałę, wybudował na szczycie malutki kościółek i kilka cel. Żył samotnie w modlitwie do ostatnich swoich dni. Budynki pozostały opustoszałe. Na początku XVI mnisi Nektarios i Teofanis z klasztoru Wielkiego Meteora postanowili odbudować zrujnowany kościółek pod wezwaniem Trzech Patriarchów. Z czasem zakonników przybyło i wybudowano w 20 lat drugi kościół, większy i szerszy – Wszystkich Świętych z charakterystycznymi dwiema kopułami. Klasztor wzbogacił się na darowiznach (posiadłości ziemskie, winnice, gaje oliwne i lenna). Z czasem stał się klasztorem wzorcowym.

Początki powstania klasztoru Russanu nie są udokumentowane ale zakłada się, że powstał bardzo dawno temu – około 1388 r. Jedna z teorii głosi, że pierwszy mieszkaniec nazywał się Rusanos i pochodził z wioski Rosana. Draga teoria mówi, że klasztor wybudowali mnisi Nikodem i Benedykt. Pewne jet za to to, iż w 1545 r. mnisi Joasaf i Maksimos z Epiru dostali zgodę na wzniesienie kościoła w stylu bizantyjskim na miejscu zrujnowanego kościoła Przemienienia Pańskiego raz na odnowę klasztoru. Nie wiadomo co się działo z zabudowaniami w ciągu następnych dwóch wieków. Potem często był obrabowywany, rujnowany i zaczął podupadać aż do 1940 r.  Przez 20 kolejnych lat zaczynając od 1950 r. , kobieta o imieniu Euzebia, z pobliskiej wioski Kastraki, robiła co w jej mocy, aby zabudowania pozostały w stanie używalności. Dzisiaj to jedyny klasztor żeński w tym zespole klasztornym.

We wszystkich klasztorach panuje zakaz robienia zdjęć w budynkach z uwago na dobro malowideł, ikon, płaskorzeźb i ikonostasów (przegroda w kościele oddzielająca część dostępną dla wiernych od części dostępnej dla księdza). Na pocieszenie i na pamiątke można kupić sobie album :P dostępny także w języku polskim :O Wszystkie malowidła charakteryzują się brakiem perspektywy i światłocienia.

Do klasztorów trzeba wejść odpowiednio ubranym – zasłonięte ramiona i kolana, umiarkowany dekolt. Inaczej dostajesz chustę na zakrycie tego i owego. Russanu jest o wiele, wiele mniejszy od Warlaama ale za to czuć kobiecą rękę – kwiatki w donicach i na malusich rabatkach, pnące rośliny, ule.

Na koniec zawleczono nas do Kalambaki, miejscowości u podnóży Meteorów na jedzenie. Na szczęście dobrowolnie. Cielęcinka w sosie z ziemniaczkami i sałatka, a jak, grecką. Wracaliśmy nieco inną drogą, by podziwiać inne widoki za radą Pani w Czerwonej Sukience. Chyba prorocza rada, bo gdzieś wzdłuż trasy którą zmierzaliśmy do Meteorów, wybuchł pożar i zamknięto wjazd do doliny… byliśmy po 20.00 w Pefkochori. Inne autokary nie miały takiego szczęścia :P

Patrz -> Galeria

Wyprawa niezapomniana i jak najbardziej godna polecenia. Grecja okazuje się być nie tylko plażami z palmami i pozostałościami po starożytnych – to także świat prawosławnych. Meteora oznacza ‘zawieszony w powietrzu’ – i można sobie dopowiedzieć między ziemią a niebem – dosłownie i w przenośni.

(źródło: Meteora, Święte Skały i ich historia, Przewodnik Turystyczny; wydawca: – Georgios Tzioras – Kalambaka)

Grecja cz. I – przyjazd

środa, Sierpień 20th, 2008

Podróż do Grecji trwała dwie godziny z małym haczykiem. Na dole widać było skupiska świateł. Albo chmury i błyskawice.
Godzina przesunięcia do przodu. Po wyjściu z lotniska a Salonikach uderzyło nas wilgotne i gorące powietrze. Ile trwała podróż autokarem do hotelu – nie pamiętam. Wysiedliśmy wymęczeni i na wpół przytomni. Dostaliśmy klucze do ręki i dalej do pokoju. Chwila konsternacji – za przykrycie tylko jakby prześcieradło – ale padliśmy i nakryliśmy się cienkim materiałem. Więcej absolutnie nie było potrzebne a nawet byłoby męczarnią. Dochodziły do nas odgłosy przejeżdżających samochodów, megafon sprzedawcy dywanów. Później te odgłosy nie robiły na nas większego wrażenia ale tamtego poranka… nie dość, że noc nie przespana, hałas, to jeszcze najbardziej niewygodne łóżko w moim życiu. Ale o niewygodnych łóżkach w Grecji słyszałam już wcześniej od Wayne’a i Tanji. Nie znaczyło to jednak, że nie obudziłam się bez bólu w barku…

Szybki prysznic i poszukiwania sklepu – w turystycznych, zaraz za hotelem, nie mieli chleba pełnoziarnistego. Właściwie to za dużo to tam nie mieli z jedzenia. Wyszliśmy na główną drogę i znaleźliśmy miejscowy super market. Obkupieni wróciliśmy do pokoju na małe co nieco. Potem drugie wyjście w poszukiwaniu bankomatu – klucząc uliczkami, macając palmy i podziwiając małą cerkiew, zdobyliśmy pieniądze.
Pefkochori to mieścina niewielka, długa a wąska, znajdująca się na Kasandrze. Typowo turystyczna. To takie… Władysławowo w wersji śródziemnomorskiej, z domieszką obcokrajowców. Tak powiedzmy prawie pół na pół- choć raczej przewaga Greków. Brak tu wielkich kompleksów hotelowych. Za to niewielkie hotele, pokoje i apartamenty. Właściwie, to można tam jechać w ciemno – na pewno się jakieś miejsce by znalazło. Mnóstwo tawern i sklepów z pamiątkami. Mniej czy bardziej tandetnymi. Wiedziałam, że kapelusz będzie mi niezbędny, więc tak długo chodziłam, aż znalazłam jakiś w którym jako tako wyglądałam. Do kompletu wachlarz :P
Doszliśmy do plaży, wąskiej, ziarnistej, czystej i rozgrzanej do granic. Było duszno, powietrze jakby stawiało niewielki opór. Było po piętnastej, okiennice pozamykane, markizy naciągnięte – życie jakby przycichło – sjesta. Wróciliśmy do pokoju i zasnęliśmy.

Patrz -> Galeria

Wstaliśmy tylko dlatego, że było umówione spotkanie z rezydentem.
Dotarliśmy na miejsce, usłyszeliśmy parę zdań o Półwyspie Chalcydyckim / Chalkidiki / Halkidiki / Χαλκιδική / Chalcidice – że na północnym wybrzeżu Morza Egejskiego, że na południowy wschód od miasta Saloniki i że kończy się trzema mniejszymi półwyspami Kasandrą, Sithonią i Athosem. Usłyszeliśmy o możliwościach wykupienia wycieczek, gdzie co i jak – i właściwie dopiero po nieśmiałych protestach, że kolacjo-obiad czeka na niektórych w hotelach, pani pospiesznie skończyła i nas wypuściła ze zaznajomionej tawerny. W Petridis faktycznie posiłek czekał. Szybka decyzja, co chcemy zobaczyć i z powrotem do biura zamówić wycieczki: do Meteorów, rejs po Zatoce Toronejskiej i do Jaskini Petralona. Chcieliśmy do Aten, ale rezydenckie biuro zrezygnowało z tej pozycji z powodu znaczej odległości. Udało nam się jeszcze zobaczyć zachód słońca, który trwał naprawdę niedługo. Nazajutrz czekała nas wycieczka do Meteorów, więc nie badaliśmy dokładnie nocnego życia… zaśniecie nie stanowiło problemu.

statystyka