Archive for the ‘Domek’ Category

Marzec 2010

niedziela, Czerwiec 20th, 2010

Miesiąc pomiędzy ślubem a Wielkanocą zleciał szybciutko – a to wizyta u Adriana/Asi a to u Bartka/Moniki tudzież powrót do przeszłości i Age of Empire w wykonaniu Andrzeja/Fryca (i jak tu nie zaśpiewać: ‘idziemy na jagody, na jagody’).
Początkowo nie mieliśmy jechać do Polski ale stwierdziliśmy, że lepiej tak ‘na świeżo’, póki emocje nie opadły do końca; wziąć rodzinę i znajomych na jedzenie, opowiedzieć co i jak, zamiast czekać aż do lata.
W pracy wywieszenie podziękowania za prezenty i życzenia + ciasto. Mamy nadzieję, że zejdziemy w końcu z języków :P

Wakacje zaplanowane i będą one podobne do tych z zeszłego roku. Druga połowa lipca – Polska, przełom sierpnia/września – Hiszpania.

Ślub cz. II

niedziela, Maj 16th, 2010

Gratulacje, kwiaty i następna para już zdążyła wejść – tutaj śluby w Ratuszu co 20 minut.
Wolnym kokiem (zresztą w tym śniegu szybciej byłoby niebezpiecznie), ruszyliśmy ku Cafe Carma. Stoły ustawione, podliczenie jeszcze dla pewności osób i pojawiły się talerze. Moim zdaniem posiłek dostosowany do pory (po 11.00) – bułki/chleb + jajko, ser, ser brie, naleśniki z dodatkami (syrop klonowy, mniam), dwa rodzaje wędlin, kiełbaski z boczkiem, masełko i kawa/herbata. Ciasto na koniec. Już tam musieliśmy rozpakować prezenty… przynajmniej te z pracy. Niemniej takich prezentów się nie spodziewaliśmy. Udane. Wzruszyliśmy się :P . Wszystko trwało z dwie godziny… gdyby niektórym pozwolić, to posiedzieli by jeszcze pewnie. Tego właśnie nie lubię w Danii – to siedzenie-chociaż-nie-wiem-już-po-co. Zaprosiliśmy wszystkich do domu na tort. Na niego troszkę poczekaliśmy, a ten miał być odebrany przez Jankę i Per’a, ta która go robiła gdzieś wyszła itp… No ale w końcu się pojawił. W międzyczasie Marcinowi obcięto końcówki skarpet – taki duński zwyczaj. Na szczęście.
Tort był bardzo dobry, leciutki, bez ciężkich kremów. Może warstwa wierzcnia lekko przysłodka – ale może to moja subiektywna ocena.
Po trzeciej chyba się już wszyscy rozeszli…

Od czwartej, zaczęli się schodzić pierwsi goście na część już mniej oficjalną. :) Dowiedzieliśmy się od Justyny, że jest taki odpowiednik duński naszego “gorzko gorzko”. Goście zamiast skandować, albo uderzają czymś w szklanki – para musi się wtedy wdrapać na krzesła i pocałować; lub, gdy goście tupią – para musi się pocałować pod poziomem blatu. Zwyczaj się spodobał. Siedzieliśmy przy stole od sofy, więc nie wystarczyło się schylić czy przykucnąć. Wręcz trzeba było się położyć… eh… Oczywiście nie obyło się bez kwestii – Andrzej:”Tupcie i pukajcie w szkło – zobaczymy co zrobią”. Toasty, śpiewy (”…my czterej pancerni…”), podrygi + alkohol (waniliowa szwedzka wódeczka, niestety nazwy nie pamiętam cholercia…). Szkoda, że Marek i Ola zlegli z powodu ogólnego zmęczenia (tj ciągłe niedosypianie). Dowiedzieliśmy się o następnym planowanym ślubie w październiku i o kupnie pierścionka zaręczynowego. Takie wiadomości pasujące do tego dnia. :)

Sierpień 2009

środa, Październik 14th, 2009

W sumie to nic ciekawego się nie działo – wróciliśmy – do pracy. Na szczęści tylko na trzy tygodnie i na wakacje.

Pokusiliśmy się ‘tylko’ na pomalowanie głównego pomieszczenia, co stanowi chyba ponad połowę mieszkania: kuchnia, częśc dzienna i kącik komputerowy… trwało to 2,5 dnia – z czego większość to zabezpieczanie i sprzątanie. Makabra a nie bawiliśmy się w subtelności… no ale ściany i sufit za nami. Teraz drzwi i okna strasz ą żółtością. Poczekamy na wenę :)

Patrz –> Galeria

W końcu cieplej

niedziela, Kwiecień 5th, 2009

Naprawdę byłam już zmęczona widokiem niemal tych samych liczb na termometrze – około godziny 23.00 to zawsze 0-3° C. I tak ostatnie półtora miesiąca. Wczoraj w euforii poczucia cielplejszego prądu powietrza, ruszyłam do kurczącego się centrum (’starówki’). Kurczącego, bo sklepu albo znikają albo przenoszą sie do  oddalonego o parę kilometrów centrum handlowego Stor Center…  zostają albo pojawiają się optycy, oddziały banków i salony sieci telekomunikacyjnych. Wracając do tematu,  rzuciłam się w zakupowy szał fatałaszków, co by odreagować zimno :P Nie moja wina, że wszystko co wzięłam do przymierzalni, pasowało… nawet sukienka pozostawiona przez kogoś przede mną :O  Ładna była, to spróbowałam…

Wakacje – bilety zakupione, mieszkanie zarezerwowane. Lecimy do Walencji ^^ i tam będziemy się ‘wakacjować’ na przełomie sierpnia i września. Już zaczynam przybierać nóżkami.

EasyFood nabralo rozpędu – dostali kontrakt od grupy tutejszych supermarketów. Niemal na same rzeczy wymagające dodatkowych ludzi. Także Marcin od trzech tygodni chodzi noc w noc ze mną do pracy… prywatna ubezpieczalnia powinna go nazwać swym ulubionym bezrobotnym – skoro pracuje to ma kase i nie muszą nic wyplacać… też się cieszymy bo więcej kasy z zastępstw niż z ubezpieczalni mamy ^^. Gmina stwierdziła, że kasą nie rzuci za okres w którym Marcin nie pracował a jeszcze nie przysługiwała kasa z ubezpieczalni. Nie widzą podstaw.

Chyba dobrze idzie, temu mojemu zakładowi, bo nawet małą podwyżkę dostaliśmy, ciągle pojawiają się pisma pochwalne z ‘góry’ jak nam fajnie idzie. Szkoda tylko, ze te  kobiety z mojego zespołu wytwarzają lekko kwaśną atmosferę. To patrzenie czy ktoś nie robi jakiegoś błędu i ta duma z siebie, jak się coś znajdzie, jest irytująca. Nie mówię, ze to jakiś wielki problem ale czasami ma się nimi ochotę potrząsnąć.  Åse, jedna z mojej grupy (najbardziej kwaśna), startuje do wyborów na zakładowego szefa związków zawodowych. Zagłasowałam na nią, bo chociaż uważam, że jest za bardzo wybuchowa, łatwo się denerwuje to jest w sam raz na ewentualne kłócenie się z szefami  i walkę o prawa, dodatki itp. Wyszczekana  Åse będzie idealna. Dwie pozostałe są w mojej ocenie: jedna za lodowata a druga za milusia. W Danii przedstawiciele zwiazków zawodowych to zupełnia inna bajka niż w Polsce.  Pracują jak pozostali (chyba że jest coś do załatwienia), realnie mogą się postawić szefostwu, pensje dostają za prace swoją a nie za fuchę bycia związkowcem.

Zdałam na ostatni poziom duńskiego – piąty moduł. Trochę się zagapiłam i końcowy egzamin czeka mnie przed Bożym Narodzeniem a nie przed letnimi wakacjami. Przynajmniej więcej czasu na przygotowanie, bo od tego zależy czy będę mogła iść na dodatkowy rozszerzony kurs.

Choróbsko, koncerty i serial

poniedziałek, Luty 23rd, 2009

W połowie stycznia dopadła mnie grypa.. Najgorsza w moim życiu. Już w drodze powrotnej we wtorek z pracy kaszałam. Kaszlałam nadal po tym , jak się obudziłam. Do tego rozpalenie. I już wiedziałam, że trzeba zadzwonić do pracy i powiedzieć, że mnie nie będzie – bo nie było dobrze. Niecała dwie godziny później doszły dreszcze. Stan podgorączkowy. Nieustający kaszel. Dreszcze dodatkowe, jak zetknęłam się z czymś zimnym. Następnego dnia doszłam do temeperatury 39. I tak zostało przez dwie doby, które pamietam jako na wpół przytomne. W sobotę temeperatura i dreszcze zeszły ale za to brzuch i mostek tak mnie bolałay, że płakałam z bólu na samą myśl o następnym ataku kaszlu. Wysłałam Marcina po coś na suchy kaszel. Wrócił z tabletkami, ale na ich działanie poczekałam ładne paręgodzin… ale zadziałały. Kaszel się zmniejszył. Zwinęłam moje leże na sofie. Ale jeszcze w poniedziałek zadzwoniłam, że mnie nie będzie. I trzeba było jeszcze nie iść conajmniej jeden dzień więcej, bo kasłanie wydłużyłam o jakiś tydzień…

Taka refleksja – czy jako młodsza przechodziłam lżej ataki grypy czy może wirus jest coraz silniejszy?

Dostaliśmy nieoczekiwany prezent od Ani – bilety na Depeche Mode i Jean’a Michel’a Jarre’a  :O Szok. Czuć, że Ania na posadzie programisty ma dobrze :P Pierwszy  koncert w Kopenhadze w czerwcu a drugi w Herning w lipcu. Nauczeni doświadczeniem (patrz archiwum – dolna część) lepiej zaplanujemy powrót z DM, bo akurat Herning leży niedaleko Kolding.

W ramach powrotu do młodości  :P   oglądamy StarGate – jesteśmy po pierwszym sezonie (o mój ty świecie, ale naiwny i lukrowany) i jesteśmy teraz w połowie drugiego (już nieco lepiej).  Łezka szczęścia…

statystyka