Zima 2010
Styczeń i luty – podobnie jak w Polsce – śniegowe. W końcu zima
co nie zmienia faktu, że człowiek się odzwyczaił od widoku śniegu przez tak długi czas i w takich ilościach. Przestałam jeździć na rowerze, co zaowocowało małym przybraniem na wadze. I nie zrezygnowałam z powodu temperatury (ciepło samo się robi przy podjeżdżaniu pod górkę) ale o lód na pewnych odcinkach. Raz wylądowałam w zaspie, parę innych razy się skończyło na w-porę-zeskoczeniu-z-roweru a o poślizgów nie zliczę. Wystarczy, że raz mi by nie poszło i pierwszy gipsik w życiu. Marcin pracuje w tych samych godzinach, więc sobie razem dojeżdżamy
Zimie mówimy już dosyć…
Zrobiła nam się małe grono polskie z domieszką duńską
sobie plotkujemy i drinkujemy – znamy się głównie dzięki szkole językowej. Tak sobie dyskutujemy, radzimy, żalimy i chwalimy się …
Janka z powodów finansowych musi się z Perem jednak wyprowadzić z Brørup. Przygotowywują meble, sortują rzeczy. Dom w Brørup wielki, więc i rzeczy i mebli się nazbierało. Mają chętkę na dom szeregowy ale chętnych na takowe w spółdzielniach jest wielu.
Dostaliśmy zaproszenie na urodziny Ani i Chrestiny połączone z Fastelavn / Ostatkami. Długo nie zabawiliśmy: Marcin nie miał ano ochoty ani nie czuł się najlepiej na zabawę. Wskoczyliśmy na fioński bazar po olej kokosowy (nasze nowe odkrycie, dzięki czemu jemy jeszcze zdrowiej
), do kina na Avatara 3D (w Kolding takich ‘cudaczności’ nie dają) i na niecałe dwie godzinki na urodziny. Dziewczyny zamówiły osiedlowy budynek spotkań – z kuchnią, składzikiem, szatnią – bardzo praktyczne, niezły pomysł. W Polsce nie mający racji bycia, z naszym narodowym brakiem poszanowania dla wspólnej własności (mam na myśli wynieśmy co się da, a jak nie da, to resztę zniszczmy/zdemolujmy). Miło zaskoczyłam się strojami – nie podejrzewałam co poniektórych gości o taką pomysłowość czy przygotowania. Moim faworytem był Thomas i jego strój Jacka Sparrowa – nawet go udawał znakomicie. Nigdy nie podejrzewałam go o jakiekolwiek zdolności aktorskie – a tu proszę, miłe zaskoczenie.
Dostaliśmy termin na ślub – 6 marca. Świadkowie zgłoszeni, zaproszenia wypisane, telefony… nie chcieliśmy weseliska a jednak trochę krzątaniny było…
A skoro mowa o ślubie, to moje koleżanki z pracy sprawiły mi polterabend – wieczór panieński. W duńskiej wersji wygląda to tak, że przychodzą do kobiety/mężczyzny koleżanki/znajomi ze strojem dla delikwenta. Zwykle to jakieś śmieszne/obciachowe wdzianko i dalej na miasto. O niczym nie wiedziałam – obudzona zostałam w piątek i wyciągnięta z ciepłego łóżeczka… Zostałam zabrana na kręgle i do restauracji. W za dużych portkach i koszuli, czepkiem na głowie, dziwnych butach i wymalowanym „Hjælp! Jeg skal giftes!” (Pomocy! Żenię się!), paradowałam między ludźmi… (Bare sige nej! / powiedz nie) Tak, tak, ubaw po pachy. Usłyszałam od kelnerki, że ten zwyczaj już zanika. Według tradycji, powinnam jeszcze przejść się po ludziach i zebrać pieniądze ale jakoś się wymigałam nieznajomością tematu
i tym sposobem dopisałam moje drogie koleżanki do listy gości… Generalnie, pomijając dziwny zwyczaj przebierania – mile zostałam zaskoczona.
Patrz –> Galeria




Kwiecień 14th, 2010 at 22:11
Hej Wlasnie sie dowiedzialam ze ma Borelioze czy mozesz cos wiecej mi o niej powiedzec??
Kwiecień 19th, 2010 at 02:43
Temat rzeka… będziesz musiała uzbroić się w cierpliwość – tego raczej nie wyleczysz szybko. Może być problem z zapisaniem się do lekarza – ci o których wiadomo, są zasypani terminami :O
Odsyłam do http://borelioza.net/ – bloga prowadzonego przez Marcina oraz do http://fundacja-bartek.pl/, jeśli masz profil na Facebook’u, poszukaj pod hasłem borelioza.