Archive for Marzec, 2010

Zima 2010

sobota, Marzec 20th, 2010

Styczeń i luty – podobnie jak w Polsce – śniegowe. W końcu zima  :P   co nie zmienia faktu, że człowiek się odzwyczaił od widoku śniegu przez tak długi czas i w takich ilościach. Przestałam jeździć na rowerze, co zaowocowało małym przybraniem na wadze. I nie zrezygnowałam z powodu temperatury (ciepło samo się robi przy podjeżdżaniu pod górkę) ale o lód na pewnych odcinkach. Raz wylądowałam w zaspie, parę innych razy się skończyło na w-porę-zeskoczeniu-z-roweru a o poślizgów nie zliczę. Wystarczy, że raz mi by nie poszło i pierwszy gipsik w życiu. Marcin pracuje w tych samych godzinach, więc sobie razem dojeżdżamy :) Zimie mówimy już dosyć…

Zrobiła nam się małe grono polskie z domieszką duńską :) sobie plotkujemy i drinkujemy – znamy się głównie dzięki szkole językowej. Tak sobie dyskutujemy, radzimy, żalimy i chwalimy się …

Janka z powodów finansowych musi się z Perem jednak wyprowadzić z Brørup. Przygotowywują meble, sortują rzeczy. Dom w Brørup wielki, więc i rzeczy i mebli się nazbierało. Mają chętkę na dom szeregowy ale chętnych na takowe w spółdzielniach jest wielu.

Dostaliśmy zaproszenie na urodziny Ani i Chrestiny połączone z Fastelavn / Ostatkami. Długo nie zabawiliśmy: Marcin nie miał ano ochoty ani nie czuł się najlepiej na zabawę. Wskoczyliśmy na fioński bazar po olej kokosowy (nasze nowe odkrycie, dzięki czemu jemy jeszcze zdrowiej :P ), do kina na Avatara 3D (w Kolding takich ‘cudaczności’ nie dają) i na niecałe dwie godzinki na urodziny. Dziewczyny zamówiły osiedlowy budynek spotkań – z kuchnią, składzikiem, szatnią – bardzo praktyczne, niezły pomysł. W Polsce nie mający racji bycia, z naszym narodowym brakiem poszanowania dla wspólnej własności (mam na myśli wynieśmy co się da, a jak nie da, to resztę zniszczmy/zdemolujmy). Miło zaskoczyłam się strojami – nie podejrzewałam co poniektórych gości o taką pomysłowość czy przygotowania. Moim faworytem był Thomas i jego strój Jacka Sparrowa – nawet go udawał znakomicie. Nigdy nie podejrzewałam go o jakiekolwiek zdolności aktorskie – a tu proszę, miłe zaskoczenie.

Dostaliśmy termin na ślub – 6 marca. Świadkowie zgłoszeni, zaproszenia wypisane, telefony… nie chcieliśmy weseliska a jednak trochę krzątaniny było…

A skoro mowa o ślubie, to moje koleżanki z pracy sprawiły mi polterabend wieczór panieński. W duńskiej wersji wygląda to tak, że przychodzą do kobiety/mężczyzny koleżanki/znajomi ze strojem dla delikwenta. Zwykle to jakieś śmieszne/obciachowe wdzianko i dalej na miasto. O niczym nie wiedziałam – obudzona zostałam w piątek i wyciągnięta z ciepłego łóżeczka… Zostałam zabrana na kręgle i do restauracji. W za dużych portkach i koszuli, czepkiem na głowie, dziwnych butach i wymalowanym „Hjælp! Jeg skal giftes!” (Pomocy! Żenię się!), paradowałam między ludźmi… (Bare sige nej! / powiedz nie) Tak, tak, ubaw po pachy. Usłyszałam od kelnerki, że ten zwyczaj już zanika. Według tradycji, powinnam jeszcze przejść się po ludziach i zebrać pieniądze ale jakoś się wymigałam nieznajomością tematu :P i tym sposobem dopisałam moje drogie koleżanki do listy gości… Generalnie, pomijając dziwny zwyczaj przebierania – mile zostałam zaskoczona.

Patrz –> Galeria

statystyka