Hiszpania – piatek i sobota
Piątek
- długie spanie, śniadanie, plaża.
Tak ciepłej wody nigdy nie doświadczyłam. Wychodziłam z niej, bo oczy mnie szczypały od soli. I tylko dlatego
Nie było głęboko, można było iść i iść. Bez kamieni na dnie, fale… cudownie… szeroka, z drobnym piaseczkiem. Taka właśnie wakacyjna, czyli polecam - Playa Malvarrosa
Ciekawym odkryciem była kukurydza z grilla posypana solą. Pychotka
Wieczorem skierowaliśmy się w stronę centrum, mając nadzieje znaleźć El Carme – dzielnicę tętniącą życiem zwłaszcza w godzinach nocnych, jak gdzieś przeczytałam wcześniej na necie, a która nie była zaznaczona na mapie. Błąkaliśmy się błąkaliśmy ale jej nie znaleźliśmy. Znaleźliśmy jakiś łuk, pomniki, fontanny, majestatyczne budynki i wszędobylską paelle atakującą turystów z wszystkim restauracji, kafejek i barów. Do tego dotarło do nas, że znajomość angielskiego nie jest tu powszechna. A mogłoby się wydawać, że takie wielkie miasto, turyści … a jednak nie. Jedyną nadzieją na angielski byli młodzi kelnerzy… I to nie zawsze. Do pasji doprowadzał mnie fakt, że widziałam jak tubylcy zajadali różności a nam podsuwano karty z paellami i nie było sposobu by powiedzieć, że chciałam coś innego niż paella lub tapas (zakąski, przekąski). Po powrocie do Danii doczytałam, że paella pochodzi z Walencji – pewnie dlatego też katują nią turystów… Tamtego wieczoru poprzestaliśmy na San Miguel (piwo) i kawie w mikro szklaneczce to tu, to tam… na znak protestu.
Jeszcze jedna sprawa – mleko. Przez pierwsze dni zapijaliśmy się zimnym mlekiem. Miało smak, który przypominał mleko prosto od krowy. Nie mówię, że to zupełnie to samo, ale tamte z Walencji miało jego posmak. Przepyszne. Ciekawe, czy w całej Hiszpanii jest takie.
Sobota
- Oceanográfico, Hemisferic i jedzonko ![]()
Marcin od razu poszedł z nastawieniem, że będzie nudno. Ja tam poszłam optymistycznie nastawiona.
Oceanográfico – uważam, że przyzwoicie było. Nie jakoś tam super niezapomniane ale przyjemnie. Jeśli ktoś lubi patrzyć sobie na rybki i stworzonka wszelakie wodne
tudzież ptasiory. Ja lubię od czasu do czasu. Nawet czasu mi na to zabrakło, bo musieliśmy się zbierać do kina na wieczór. Ładna aranżacja, nawet jakaś muzyka w tle leciało, co już było moim zdaniem zbędę. O wiele lepiej spędzony czas niż w Muzeum Nauki. Warto.
Hemisfèric – wspomniane wcześniej kino. Podobnie jak w przypadku muzeum i oceanarium, znowu prześwietlono nam torby i plecaki. Dano nam obręcze na głowę – myślałam, że to może rodzaj okularów ale okazało się to po prostu słuchawkami z możliwością przełączenia na angielski (na szczęście Ania zrozumiała z hiszpańskiego, że jest taka możliwość i co trzeba nacisnąć, bo byśmy słuchali po hiszpańsku…). Wybraliśmy tajemnicę Egiptu – nic o Hiszpanii nie było… Spadek podłogi, na której osadzone były siedzenia, był dość ostry. Całość trwała około godziny i powiem – tak sobie. Nie było to kino 3D tylko obraz rozciągnięty na zakrzywioną powierzchnię, którą trudno było ogarnąć na raz. Powodowało to pewien dyskomfort, mój mózg nie wiedział jak to przetworzyć. Chwilami miałam wrażenie, że jestem za blisko obrazu – a miało chyba dać efekt bycia tuż “przed” albo “w” danym miejscu, co doświadczyłam może z dwa razy, potem oczy mnie rozbolały. Sam film taki sobie, w rodzaju National Geographic – w swoim czasie interesowałam się starożytnym Egiptem, więc rzadne z rewelacji przedstawionych tam, mną nie wstrząsnęły…
Wracając, wstąpiliśmy do restauracyjki, nazwy nie pamiętam tylko ulicę – Eduardo Bosca. Nie pamiętam też nazw tego, co zamówiliśmy, ale było przepyszne (np zapiekane ziemniaki w serze) i nie było to paellą
Ania wzięła na konie deser, który był zrobiony na mleku/śmietanie tj lody+śmietana+polewa – znakomite… i jeszcze do tego mówili po angielsku… łezka szczęścia.



