Archive for Listopad 23rd, 2009

Muzeum Nauki i paella

poniedziałek, Listopad 23rd, 2009

Będąc w agencji wynajmu, daliśmy sobie wcisnąć wejściówki do ‘Miasta Sztuki i Nauki” / Ciudas de las Artes y las Ciencias / the City of the Arts and the Sciences. Piętnaście minut drogi. Gorąco.

Owe ‘miasto’ ma za cele rozpowszechnianie, zachęcanie, wspieranie promocji i rozwoju nauki, techniki, sztuki i wszystkich działaniach naukowych, kulturalnych, edukacyjnych, społecznych, środowiskowych, artystycznych lub innego tego rodzaju zaangażowania – tyle z oficjalnej strony.
Na pewno jest to coś, czymś miasto może się pochwalić. Zbudowane z rozmachem i lekkością, robi imponujące wrażenie. Zaprojektowane przez Santiago Calatrava i Félixa Candela, budowa ruszyła w sierpniu 1996 roku a inauguracja otwarcia nastąpiła w kwietniu 1998 poprzez L’Hemisfèric (kino/planetarium). Ostatni komponent Miasta Sztuki i Nauki miał miejsce wraz z oddaniem do użytku El Palau de les Arts Reina Sofía (opera) w 2005 roku.
Wstęp jest płatny do:
- Hemisfèric (kino, planetarium, pokazy laserowe) – zbudowany w kształcie oka, powierzchnia około 13.oo m²;
- Muzeum Nauki Księcia Filipa – interaktywne muzeum nauki mające przypominać szkielet dinozaura (no dobra, różne to może przywodzić skojarzenia, ale szkielet dinozaura?), 40.ooo m² na trzech poziomach;
- Oceanarium – otwarty park oceanograficzny, największy w Europie, 110.oo m² i 42 miliony wody, posiada 13 ekosystemów światowych mórz, budynek wejściowy został zbudowany w kształcie lilii wodnej;
Nie byliśmy, ani nic nie było napisane na temat biletów odnośnie
- L’Umbracle – krajobrazowy deptak z różnymi gatunkami roślin rdzennej w Walencji oraz rzeźbami współczesnych artystów (Miquel z Nawarry, Francesc Abbot, Yoko Ono i in.), dolne partie to parking dla samochodów osobowych i autobusów;
W skład Miasta Sztuki i Nauki wchodzi jeszcze :
- Pałac Sztuki Reina Sofía — opera i centrum sztuki, generalnie wszystko dedykowane jest tu muzyce i sztuce scenicznej, gigantyczna i najładniejsza konstrukcja, w kształcie owalu
- El Puente de l’Assut de l’Or — most łączący stronę południową z ulicą Menorca, którego filarem jest wysoki na 125 metrów i jest najwyższym punktem w mieście, naprawdę robi wrażenie, nam przypominał żagiel;
- L’Àgora — zakryty plac, gdzie odbywają się koncerty i sportowe wydarzenia (np Valencia Open 500);
- Wieże Walencji – w fazie projektu i budowy, trzy drapacze chmur (308, 266, 220 m).
Wrażenie, kiedy spogląda się na ‘miasto’, jest ogromne, poraża przede wszystkim lekkością, jakby zaprzeczało prawom fizyki, futurystyczne. Do tego ogromna powierzchnia wodna. Powala.

W tym dniu zaplanowaliśmy sobie Muzeum Nauki. Reklamuje się je jako “Muzeum 21-go wieku, gdzie można  poznać w sposób dydaktyczny, interaktywny i przyjemny zagadnienia z nauki i technologii”.  Podobnie jak na lotnisku, prześwietlono nam torby. Muzeum i jego zawartość nas nieco rozczarowała. Pomijajm dość duży tłok i kolejki co do niektórych eksperymentów i wystaw. Owszem, to było interaktywne i na pewno interesujące ale dla dzieci i młodych nastolatków. Wyjaśnienie niektórych zjawisk za pomocą postaci z Marvella. Dobry pomysł na spędzenie czasu w gronie rodzinnym. Niestety, zabrakło czegoś czysto dla dorosłych. Pomijam drugie, nudne piętro z dyplomami i życiorysami hiszpańskich wynalazców. Nawet ja, najbardziej entuzjastycznie nastawiona, poddałam się w połowie trzeciego poziomu… dodajmy do tego sklepiki z cenami godnymi duńskich.

Patrz −−› Galeria

Zwiedzanie tego przybytku zajęło nam krócej niż myśleliśmy. Uparłam się, że jest niedaleko do morza, więc fajnie by je było zobaczyć. Niedaleko może i było, ale do portu, który był odgrodzony. Więc szliśmy i szliśmy… Nawet zatrzymaliśmy się w wieżowcowym barze na wodę. Po bitej godzinie spaceru, ujrzeliśmy w  końcu deptak nadmorski. Ładny, szeroki, drobniusi piaseczek. Zapadła decyzja, ze na nazajutrz tam się rozkładamy. W międzyczasie zgłodnieliśmy. Chodziliśmy w tą i z powrotem wzdłuż knajpek. Wszędzie paella (ryż z dodatkami) i ryby. W końcu gdzieś usiedliśmy. Okazało się, że tylko jeden kelner mówił po angielsku. To znaczy używał ’simple English’ w wersji uproszczonej  :D   Był widocznie niezadowolony, bo w knajpie siedzieli tylko obcokrajowcy, więc tylko on usługiwał. Do tego Ania się na niego zeźliła, bo zaczynał mówić zawsze do Marcina - ‘A to męski szowinista’. Ja z Ania wzięłam jakąś paellę (zwykle trzeba do niej co najmniej dwóch) a Marcin, jako, że ryżu nie może, rybę z ziemniakami. Wszystko smakowało ok chociaż bez szału (ryż podbarwiony na żółto w oliwie + rozłożone na nim małże, duże krewetki – i cząstki kurczaka), ilość wyliczona bez dokładki… a rachunek podjechał z napojami prawie do 50 Euro. Moim zdaniem przepłacone no ale raz się żyje. W końcu na plaży koło hotelu-pałacyku.
Wróciliśmy taksówką. Te wychodziły dość tanio. Wróciliśmy przez centrum handlowe z Carrefourem, mając nadzieje na znalezienie żytniego chleba. Niestety nie. Pszenne bagietki w różnych rozmiarach, owszem, udźce wszelakiej wielkości, rozbudowany dział rybny. Marcin musiał się zadowolić soczewicą i makaronem razowym. W końcu dotarliśmy do domu, zmęczeni, na nic siły tego dnia już nie mieliśmy…

statystyka