Hiszpania – La Tomatina
Jak to się stało, ze pojechaliśmy z Anią na wakacje? Ania chciała na ‘tomat fest’ a my chcieliśmy do Hiszpanii. I tak padło na Walencję.
La Tomatina odbywa sie w miejscowości Buñol, niedaleko wspomnianej Walencji. Mnie jakoś pomysł obrzucania sie pomidorami szczególnie nie pociąga, ale jak to się mówi, raz się żyje. Usłyszałam, że odbywa się to w ostatnią środę sierpnia, przez godzinę od dwunastej. Na Wiki przeczytałam hasło ‘Buñol’ – niewiele tego, czy to po polsku czy po angielsku. W szczegóły się nie wdawałam a widząc zaaferowanie Ani pomyślałam, że to jej wyprawa, ja się dostosuje. Wzięłam tylko ciuchy do ubrudzenia się.
Będąc w agencji od wynajmu i odbierając klucze do mieszkania, zapytaliśmy jak najlepiej dostać sie do Buñol. Pani odpowiedziała, że najlepiej pociągiem i najpóźniej ruszyć o 10.oo rano. Tak tez zrobiliśmy. Nawet naklejki na podłodze były od kas
Prowadziły najpierw do metra, bodajże był znak kiedy wysiąść i znowu naklejki do przystanku kolejowego. Trochę podejrzanie mało osób tj pozajmowane miejsca siedzące, niektórzy stali ale bez tłoku. Zapakowanie dokumentów i pieniędzy w plastikowe torebki. Dojazd zajął niecałą godzinę. Wysiadka. Wystarczyło udać się za tłumem. Dużo osób sprzedających gogle do pływania – kupiliśmy, bo nigdy nic nie wiadomo. Strasznie niewygodne, jakaś taniocha
Dziewczyna w kolorowych włosach biegnąc porwała gogle i zniknęła za zakrętem w tłumie.
Idziemy. Idziemy i idziemy. Stragany z koszulkami ‘La tomatina’. Odór rozkładających się pomidorów. Umorusani ludzie z naprzeciwka. Czy już się zaczęło? W jednym miejscu, tubylec stoi i polewa ludzi z węża ogrodowego. Przemykamy bez problemów – niektórzy sami się nadstawiają. Idziemy zaniepokojeni widokiem ludzi idących w przeciwnym kierunku, którzy mają resztki pomidorów we włosach, poplamione ubrania. Docieramy w końcu do rozgałęzienia uliczki, człowiek stoi obok człowieka, straszny tłok, aby sie przemieszczać dalej, trzeba się przepychać. Słychać hiszpański, angielski i francuski. Trochę niemieckiego.
Odór pomidorów. Wąska, długa uliczka, okna i witryny przykryte płytami paździerzowymi, siatki na wyższych piętrach, z okien i balkonów tutejsi leją wodę na tłum poniżej, przy krawężnikach płynie brudna woda. Latają nieliczne skórki pomidorów. Ale gdzie właściwe pomidory? Gdzie bitwa?
Stajemy pod ścianą jednego z domów i obserwujemy. Wygląda na to, że chyba się spóźniliśmy – tj, byliśmy ciut przed 12.00 ale wygląda na to,że bitwa już się odbyła. Teraz to przypada 10 osób na jedną biedną skórkę pomidora… latają za to nieliczne buty, koszulki… widać, że tłum ma niedosyt. Przepychamy się dalej. Doszliśmy do mostku. Rozrzedza się. Daje się normalnie chodzić. Wielu ludzi ma faktycznie resztki pomidorów na sobie, ale też wielu nie ruszeni… Tubylcy zaczynają rozstawiać małe grille i sprzedawać kiełbaski lub kanapki. Jak nic, przybyliśmy za późno. Ania zarzeka się, że miało być od 12.oo. Z wielu miejsc zaczyna rozlegać się głośno muzyka. Zapowiada się na ogólną, chaotyczną imprezę. Rozczarowani, wzruszając ramionami, ruszamy z powrotem ku stacji kolejowej. Wracamy kawałek inna drogą. Teraz dostrzegamy, że najwidoczniej w wielu samochodach nocowano i to parę nocy. Festyn chyba trwał od paru dni – pewnie bez obrzucania się ale imprezowanie na pewno.
Przed stacją dłuuuuuuga kolejka. Taka na godzinę na pewno. Ochrona wpuszcza. Proszę Anię o moje dokumenty i portfel, które dałam jej do plecaka i … załamka. Sięgam po jej plecak, wkładam rękę do środka i czuje, że jest rozcięty… fala gorąca – co ukradziono? Są moje rzeczy na przebranie (niepotrzebnie), Ani dokumenty, woda, i … brak mojej torebki z portfelem i komórką. Portfela z Visą, kartą ubezpieczeniową, biletem powrotnym do Walencji i nieco ponad 50 Euro… co robić? moja pierwsza myśl – policja. No dobra, i co oni zrobią? Spiszą dane i nara. Telefon – ma pani jakiś nr seryjny, cokolwiek? Druga myśl – zablokować Visę. To w takim razie musimy do Walencji, bo ani Ania ani Marcin nie wzięli telefonu. Humor skopany na maksa. Początek wakacji… no pięknie.
Kolejka na stację. Strażnicy oprócz liczenia ludzi, nie wpuszczają ludzi bez koszulek. Ta musiała być, chociażby zrobiona z torby-reklamówki. W końcu się dostajemy. Kupuję bilet powrotny. Cisza w pociągu, no bo co powiedzieć? Że jestem zła na Anię? Bo plecak miała na plecach a nie przed sobą? Że jestem zła przede wszystkim na siebie? Bo dałam komuś moje rzeczy i oddaliłam troski na ten temat? Oddałam ważne rzeczy komuś, kto wychował się w Danii! Przecież mogłam zwrócić uwagę jak nosi ten plecak. I takie gdybanie… złość i złość. Nauczka bardzo gorzka – ważnych rzeczy pilnuje się samemu.
W końcu dotarliśmy do mieszkania. Dobrze, że wszyscy mamy ten sam bank, więc spisuje nr telefonu z karty Marcina. Telefon do banku z prośbą o natychmiastową blokadę karty. Wyjaśnienie sytuacji. Następny telefon do Telii o zablokowanie SIMu. Odetchnięcie. Całe szczęście, że umówiłam się z Marcinem, że ja płacę za mieszkanie a on ‘kieszonkowe’. Za mieszkanie zapłaciłam dzień wcześniej przy odbiorze kluczy. Ostatnia transakcja.
Tego dnia wybraliśmy się wieczorem do parku – pasa zieleni, który ciągnie się przez Walencję na ukos. Świetna sprawa. Na jednym jego krańcu Bioparc a na drugim Ciudas de las Artes y las Ciencias (the City of the Arts and the Sciences / Miasto Sztuki i Nauki). W tym zielonym pasie mieszczą się przeróżne boiska, place zabaw, letnie kino, ścieżki do biegania i dla rowerów, oczka wodne, fontanny + zieleń oczywiście. Ania raz po raz wzdychała, jak by to się przydało w Kopenhadze… Spoceni (ponad 30°), koło þółnocy wróciliśmy do mieszkania…



