Archive for Październik, 2009

Hiszpania – przyjazd

niedziela, Październik 25th, 2009

Czas coś napisac na ten temet, bo to juz  z 1,5 miesiąca upłynęło od powrotu…

Nie przepadamy za wyprawami do Kopenhagi pociągiem, w godzinach nocnych. Wyjazd z Zelandii na półwysep (lub odwrotnie) to istna szkoła cierpliwości, bo takowe kursy są bardzo nieliczne. Do tego Kolding… niemal pewna przesiadka i długie oczekiwanie we Frederycji. Także jak do nas dotarło, że odlatujemy z Kopenhagi a nie z Billund, włosy się nam zjeżyły. Przeczucia nas nie myliły. By dostać się na 7.45 na odprawę, musieliśmy pojechać do Ani do Odense wieczór wcześniej, przespać się parę godzin i na 4.00 ruszyć na pociąg. Druga opcja to wyjechać z Kolding przed 23.00 i gdzieś na stacjach poczekać sobie… i tej opcji podziękowaliśmy.

Na szczęście sama podróż pociągiem potrwała bez problemów. Podjechaliśmy pod same lotnisko. W dobrych humorach i zachęcenie przez obsługę lotniska postanowiliśmy częsciowo sami się ‘check in’, co skończyło się tym, że wszystkie naklejki na bagaże były na moje nazwisko (na szczęście nie było z tym problemu) i dość losowo zarezerwowaliśmy sobie miejsca w samolotach :)

Pierwsza część podróży, z Kopenhagi do Monachium, upłynęła szybko. Lufthansa była na czas, kanapki i picie wręczone, wysiadka. Tak neutralnie. obsługi nie potrafię sobie przypomnieć. Za to druga część z SpainAir, z Monachium do Walencji, została bardziej przez nas zapamiętana. Spóźniony odlot, samolot nie pierwszej młodości; nie sprawne siedzenia; ponad 80% paseżerów stanowili Hiszpanie nie krępujący się rozmawiać głośno;  stewardesy mówiące angielskim z hiszpańskim akcentem, co zmuszało nas do pewnego skupienie się (to już po angielsku? kto co zrozumiał?) i powinno zbudzić w nas pewne podejrzenie (ale nie wzbudziło, ale wrócę do tego później). Marcin dostał jedno z niedziałających miejsc, i muszę przyznać, że przesadzono nie tylko jego, ale i mnie i Anie, byśmy mogli razem siedzieć – to miłe :)   Wylądowaliśmy cało i zdrowo, bagaże odebraliśmy o wiele szybciej niż w Grecji, co napawało pewnym zdumieniem w tym chaosie :)

Psychicznie przygotowałam się na atak gorąca i wilgoci, ale szoku nie było. Pomaszerowaliśmy do punktu informacyjnego, dostaliśmy mapę (która stała się nieodłącznym towarzyszem) i informację jak dotrzeć do obrzeża centrum, gdzie mieliśmy odebrać klucze do mieszkania + zostaliśmy popchnięci w stronę metro. Nawet wysiedliśmy gdzie trzeba. Potem zaczeły się schody, i maszerowaliśmy w tą i spowrotem wzdłuż pewnej ulicy. Z bagażami i w strojach z Danii w 35 stopniach :) No ale znaleźliśmy agencję przed czasem jej otwarcia (tylko 16-18) i zasiedliśmy w jakimś malusim pobliskim barze. Pani obsługująca starsza, po angielsku nie mówiła ale Ania przypomniała sobie jak jest trzy i woda po hiszpańsku. Na nasze wielkie szczęście miała hiszpański przez jakiś czas w szkole…  Zachęceni afiszem zamówiliśmy tortilla patata i tortilla espinacas – co miało być, wg przeczytanych informacji na sieci, omletem ziemniaczanym i omletem ziemniaczanym ze szpinakiem. Karfofle i szpinak były. W średniej długości bagietce… czyli niezjadalne dla Marcina. Ania przypomniała sobie jak jest chleb po hiszpańsku. A my nauczyliśmy się, że jeśli chodzi i tortille, to trzeba się dopytać czy nie wersja bagietkowa…

Odebraliśmy klucze (zmieniono nam zakwaterowanie z przyczyn technicznych – cokolwiek to oznaczało – mieliśmy byc koło plaży a wypadło na pomiędzy plażą a centrum z tendencją ku centrum ), wsiadliśmy w taksę, pokazaliśmy panu na mapie gdzie chcemy (dobrze, że ta kobita w agencji zaaznaczyła kółkiem na mapie wcześniej) i byliśmy na miejscu. Mieszkanie mieściło się przy jednej z głównej ulic prowadzących do morza. Budynek siedmiopiętrowy i wąski, z podwyższonym parterem, gdzie mieścił sie sklep. Samo mieszkanie – prześliczne. I stanowczo za wielkie dla nas, bo mogło pomieścić 7 osób (zamawialiśmy mniejsze). Mieszkanie miało szerokość długości pokoju dziennego, czyli było wąskie ale za to  dłuuuuuuuugaśne, bo łazienka, kuchnia i 4 sypialnie wychodziły z przedpokoju tylko na prawą stronę. Okna tych pomieszczeń wychodziły na niewielkie zamkniete dziedzińce. Tylko pokój dzienny wychodził na ulicę. Ponieważ wąskich budynków było wiele, więc mogę sądzić, że taki styl budowania.

Tego dnia jeszcze znaleźliśmy super-sam o nazwie Consum :) , zakupy (np próżniowo zapakowana tortilla ziemniaczana :P ) – kasjer nie mówił po angielsku ale na szczęście od czego są ekraniki;  rozpakowaliśmy się i padliśmy…

Sierpień 2009

środa, Październik 14th, 2009

W sumie to nic ciekawego się nie działo – wróciliśmy – do pracy. Na szczęści tylko na trzy tygodnie i na wakacje.

Pokusiliśmy się ‘tylko’ na pomalowanie głównego pomieszczenia, co stanowi chyba ponad połowę mieszkania: kuchnia, częśc dzienna i kącik komputerowy… trwało to 2,5 dnia – z czego większość to zabezpieczanie i sprzątanie. Makabra a nie bawiliśmy się w subtelności… no ale ściany i sufit za nami. Teraz drzwi i okna strasz ą żółtością. Poczekamy na wenę :)

Patrz –> Galeria

Polska – lipiec 2009

sobota, Październik 3rd, 2009

Odkąd jesteśmy w Danii, Ania zarzekała się, że w końcu pojedzie do Polski. Nie była około 10 lat. Ale zawsze coś było po drodze – a to kasa, a to brak czasu lub inne plany. W końcu jednak postanowiła ruszyć. Wiedziała, że my się wybieramy, więc chciała z nami. Jakieś niecałe dwa tygodnie przed wyjazdem zapytała się, czy Kristine może z nią pojechać. Stwierdziliśmy, że nam nic do tego ale w takim razie będzie im trzeba znaleźć jakieś lokum. Takowe znaleźliśmy, zresztą rzut kamieniem od Fenka. Dosłownie.
Marcin, Ania i Kristine pojechali w środę. Moje wolne rozpoczęło się dopiero w piątek. Marcin ruszył wcześniej, ponieważ chciał załatwić sobie wlewy biotraxonu (coś innego) – by móc go brać pełne dwa tygodnie. Także ta trójka wsiadła w Forda a ja dojechałam autobusem i byłam rano w niedzielę.
Marcin rozżalony, ponieważ nie udało mu się załatwić wlewów. Namęczył się, by zdobyć cały osprzęt i sam biotraxon – a to był początek… Szpitale, w tym i prywatny odmówiły – nawet za pieniądze. Jak dla mnie, to sprowadzało się do tego, że zlecenie nie było wypisane przez miejscowego. Zrobienie wlewów byłoby możliwe, ale musielibyśmy mieć przynajmniej tydzień więcej, by móc pobiegać prywatnie po lekarzach, by któryś wypisał jeszcze raz takie zlecenie na wlewy…

Wolne po duńsku

Dodatkowo Marcin zmęczony był Kristine. Ta miała obsesję, że wszyscy chcą ją oszukać i wyciągnąć pieniądze… chciała ugadać taksówkarza na stałą opłatę, rachunek za kwaterę miał być, “Czym ten dentysta plombuje zęby? Bo w Danii to dozwolony jest tylko srebro i plastik!” No i musiałam się dopytać, co to ten plastik oznacza i czym plombuje dentysta polski, bo ‘napewno jakimś starym specyfikiem, który w Danii jest już zakazany i może powodować bóle głowy‘.  Nie do przyjęcia dla niej był fakt, że polski dentysta zrobił to jak w Danii i za mniejsze pieniądze. Pocieszyła się tym, że ‘Znieczulenie jeszcze trwa? To pewnie znieczulenie jak za dawnych lat w Danii; bo w Danii to już po 15 min. schodzi…’ itp… miałam ochotę wziąść gazetę ze stołu i obić ją po łbie.
Przejęłam je na cztery dni i faktycznie trochę było to nużące. Nie biegałam z nimi po mieście pokazując co ładniejsze zabytki. O nie, bo one już wszystko widziały – wzięły rikszę i taki miły chłopak je obwiózł po wszystkim i one już wszyskto wiedzą i o wszystkim słyszały – “A wiecie zo oznaczał wizerunek małpki na kamienicy?” (potem z Marcinem wzięłyśmy to samo i jest to 0,5 h wycieczka co po ważniejszych obiektach. Fajne, ale nie można powiedzieć, że się wszystko widziało. Ja bym to potraktowała to jako wstęp, gdzie warto się później przejść i wejść do ŚRODKA). Zwiedzanie nie, ale za to szukałam masarzystki, salon pedicure, sklepy z biżuterią i ewentualnymi pamiątkami, byłyśmy u wspomnianego dentysty (złego słowa nie mogę o nim powiedzieć) oraz optykach i okulistach (mina lekarza kiedy się we trzy wpakowałyśmy – bezcenna). Siedziałam chyba w co najmniej połowie ogródków – pozytywnie, że przynajmniej zjadłam naleśniki w Manekinie, bo im smakowały to tam zachodziły… Ania przy Kristinie jest inna. Robi to, na co ma ochotę przede wszystkim Kristine. Ostatniego dnia, kiedy musiały opuściś kwaterę, pierwszy raz poszły a nie pojechały gdzieś. Przechodziliśmy koło Garnizonowego – ‘Ooo, jaki ładny kościół. Mozna wejść do środka?’ Jak zwykle bywa z Garnizonowym, nie można było ale pociągnęłam wątek i zaciągnęłam j do pobliskiego kościoła Jakuba. “Ojej, jak stary. A organy jak za starych czasów. A co to?” – pytały wskazując na kaplice boczne. To fakt, takich starych i dużych kościołów w Danii nie ma. Przynajmniej nie widziałam w południowej Jutlandii. Na tym skończyło sie zwiedzanie zabytków, bo Kristine się źle poczuła, wypiłyśmy wodę i taksą, a jakże, wróciliśmy na Antczaka. Z pewną ulgą je wsadziłam do autobusu, bo czułam się jak oprowadzacz i załatwiacz spraw,strasznie rozszczeniowo. A to było u licha, moje wolne.

Sztuka

Jakby jeszcze było tego mało, mój żoładek odmówił posłuszeństwa, więc niemal cały piątek przesiedziałam w domu. Późnym popołudniem odważyłam się wypełznąć i ruszyliśmy do Centrum Sztuki Współczesnej. Obejrzeliśmy trzy wystawy: Poszliśmy do Croatian, Nie patrz prosto w słońce i Pokój z kuchnią. Dwie pierwsze złały się w mej pamięci w jedną… a czemu?
Tak zwana sztuka współczesna do mnie nigdy nie przemawiała i nadal nie przemawia. I tym razem tak było. Do tego niby silenie się na jakąś interakcję z widzem a sprowadza się to do ewentualnego zaglądania w tubę, by zobaczyc filmik jak ktoś szedł po trawie i sobie to nagrał. Mogliśmy jeszcze obejrzeć twarz jakiegoś brodacza (może i był to ktoś znany ale było to tak interesujące, że mi dobrze z moją ignorancją), wodę spływającą w wannie, potraktowanie wodą z węża nagiej azjatki i to tyle w mej pamięci zostało. Fragmenty Kafki na ścianach. Jeśli miałam się nad czymś zastanowić, artyści chcieli na coś zwrócić uwagę – to coś mi umknęło, zabrakło kontekstu. A muszę powiedzieć, że zapowiadało się dobrze dzięki półmrokowi, punktowym podświetleniom i muzyce w tle. Nie wiem, może miałam chodzić z broszurką, która dano nam przy wejściu? I czytać co chciał artysta przekazać? :> Jedno co pozytywne zostało mi w pamięci to malutkie pomieszczenie, kompletnie zaciemnione, z grubą gąbką na podłodze i głośnikami na ścianach. Jeśli zasłoniło się dwie kotary, panowały iście egipskie ciemności. Z głośników na różnych wysokościach dochodziły nieustannie głosy o różnych natężeniach. Nie byłam pewna jak daleko są ściany a głosy wprawiały w dezorientację – miało się wrażenie, jakby ktoś mówił za plecami i z boku, za chwilę ktoś na wysokości stóp i jednocześnie gdzieś z wysoka. Do tego wiedziałam, że gdzieś czai się Marcin ale na szczęście wyczułam go po naprężeniu gąbki… ogólne wrażenie było niesamowite i brawa dla wg ulotki  – Syren TV. Wg strony internetowej nie weszłam do pomieszczenia o ścianach z czerwonymi udrapowaniami – co mogło być ciekawe – od razu skojarzenie z Twin Peaksem :D – chociaż kolory inne.
W międzyczasie wyszliśmy na taras na dachu – ale nie z myślą o podziwianiu widoków go zbudowano a szkoda… bo gdzie dało się wychylić to ładne widoczki.
Jeszcze drugie piętro to jako tako – ale pierwsze…  można streścić jako – rozwinięcie tematu krótkich filmików na większej przestrzeni. Czyli projektory / rzutniki + parę stołów i książek + nie wątpliwa atrakcja w postaci pracownika, który wraz z obstawą dwóch dziewoi nieustannie za nami chodził, co było śmieszne na początku i naprawdę irytujące pod koniec (nie można dotykać eksponatu – to o układance z niby kości na podłodze). Pierwszemu piętru powiedziałam zdecydowanie NIE.
Za kafejką, na parterze, znajdował się jeszcze Pokój z kuchnią – ma to być miejsce dyskusji, spotkań, akcji artystycznych. Mnie to miejsce szczególnie nie porwało – głównie przez to, że niemal wszystkie meble zbudowany zostały z płyt pilśniowych i zabrakło czegoś dla kontrastu, czego wyraźniejszego niż zielone siedziska i poduszki. Chociaż rozumiem, że jako miejsce niebiletowane i ogólnodostępne – musiało być nieco siermiężne… w Polsce wciąż nie ma poszanowanie dla wspólnego i lepiej na wszelki wypadek nie inwestować w inne materiały… ah, doczytałam, że że niby to nawiązanie do “brazylijskich faweli – osiedli na obrzeżach miast, budowanych z materiałów z odzysku”. No i kontekst się pojawił… w broszurce… szkoda słów…

Gotyk, gotyk, GOTYK

Z mamą i Staszkiem wybraliśmy się pewnego dnia do Malborka. Po drodze zawadziliśmy o ruiny zamku w Radzyniu Chełmińskim / Rehden lub Rheden, dawn. Radzyn. W tym niewielkim miasteczku ostały się przepiękne ruiny zamku krzyżackiego. Podobno zostały zabezpieczone, by dalej nie niszczały – płytą żelbetową. Całkiem spory zamek musiał być – wielkością przyrównałabym go do tego w Kolding, ale ładniejszy bezapelacyjnie :) Zamek był siedzibą komturii, później polskich starostów. Zaczęto go stawiać w końcu XIII w. a zniszczony w XVII w. podczas najazdu szwedzkiego, rozbierany przez dwa następne stulecia…
Z czterech wież ostały się dwie – chyba na jedną z nich można wejść samemu. Niestety naglone czasem obiegłyśmy ruiny wokół i do samochodu… a szkoda, naprawdę szkoda, że nie zajrzałyśmy…

Następny przystanek był w Kwidzynie / Quedin / Kwedis / Insula Sanctae Mariae / Marienwerder. To miasto, którego początki sięgają XI i w którego historię wpisani są oczywiście Krzyżacy :) . My polecieliśmy zobaczyć zespół zamkowo-katedralny. Początki zamku to rok około 1322 a katedry 1325. Oczywiście ceglany gotyk. Kościół był otwarty, zamek-muzeum nie, bo to był poniedziałek… chlip… Imponująca budowla (zamek i kościół są połączone). Żyłam tyle lat niedaleko takich śliczności i tam nie byłam… chlip … Szkoda, że kościół wewnątrz ma ‘białe ściany’ ale to pozostałość po ewangelikach, którzy wnętrze otynkowali.

O Malborku / Marienburgu nie będę się rozpisywać, bo … :) chyba każdy ze znajomych tam był albo coś na temat zamku tamtejszego słyszał. Moje spostrzeżenia: coś mi się wydaje, że się kompleks rozrasta/odbudowuje… wrażenie nieco psuje ‘komercyjna otoczka’: już na moście dostajemy ulotki o karczmie od krzyżaka, potem rząd jednakowych straganów z jednakowymi ‘niepowtarzalnymi’ pamiątkami… zamek ginie w tym wszystkim. A ten chwilami wygląda aż za świeżo, za młodo… ale nadal robi wrażenie :) i choć był poniedziałek, więc istniała tylko opcja przejścia się po ogrodach, przy murzach i nielicznych pomieszczeniach, to samo to zajęło chyba trzy godziny marszo-biegiem… trzeba będzie się wybrać wcześniej i w inny dzień tygodnia… i pomimo całej tej machineri straganowej, wrócę tam z przyjemnością…

Patrz –> Galeria

Zwykle czas podczas wolnego ucieka szybko. I nie inaczej było tym razem…

statystyka