Archive for Sierpień, 2008

Grecja cz. III – opalanie się i Zatoka Toronejska

niedziela, Sierpień 31st, 2008

Następny dzień przeznaczony był na odpoczynek i plażę. Jak już dotarliśmy do piachu, który był 5 minut drogi od hotelu, wróciliśmy się po akcesoria: parasol i materac. To był dobry zakup: Marcin nie lubi się smażyć a tak posiedział pod parasolem na plaży i poczytał, a na materacu się uwiesiliśmy i ruszyliśmy w morze :P jesteśmy dwoma goblinami, które teoretycznie pływają ale w praktyce nie… z różnych powodów.

W Pefkochori i na większości Halkidiki, szybko robi się głęboko. Co prawda spoglądając przez nasz wizjerek w materacu, dno wydawało się bardzo niedaleko, to jednak jak przypatrzyło się swojej stopie a dnu – widać było, że spora odległość między nimi była.

Spaliliśmy się – ja nogi, które niezbyt dokładnie nasmarowałam (bo zawsze mam z nimi problem by się zrumieniły) a Marcin twarz, której w ogóle postanowił nie smarować (kremy są tłuste i ble)  :P   Pani rezydentka miała racje – krem o faktorze 30 to nie przesada. My mieliśmy 20 na ciało i 30  na twarz oraz znakomity krem Garnier’a (a co tam, polecę i zareklamuje) “po” opalaniu, który naprawdę nas uratował…

Wieczorkiem w końcu doszliśmy do końca nadbrzeżnego deptaka – czyli do małego wesołego miasteczka.
Koniec końców wróciliśmy, by się wysmarować kojącym balsamikiem “po”…

Następnego dnia w planach był rejs po Zatoce Toronejskiej. Już przy molo miny nam zrzedły – dwa statki już wyglądały na zapchane, a ludzie nadchodzili i nadchodzili… jednak weszliśmy na pokład. Miejsc przy stoliczkach czy na ławkach nie było. Przycupnęliśmy na skrzyni przy dziobie. A ludzie nadal się schodzili… jak już ludzie przycupnęli nawet przy barierkach, to ruszyliśmy.

Wg opisu, miał to być “rekreacyjny rejs statkiem poprzez szmaragdowe wody Zatoki Toronejsiej. Na odkrycie czekają ukryte zatoczki i lśniące piaszczyste plaże (…) przystaniemy przy malowniczych zatoczkach oraz odwiedzimy nadmorski kurort…”.

No tak… na szmaragdowe wody to się napatrzyliśmy, nawet za dużo, spoglądając tęsknie na ląd na horyzoncie… Myślałam, że będzie to rejs wzdłuż półwyspów a był to rejs pomiędzy półwyspami… 90%  ludzi okazało się być Serbami, mniej czy bardziej się znającymi, i po jakieś godzinie zaczęły się tańce przy greckiej muzyce. Serbom to w graj. I tak pływająca danz-buda dopłynęła do jakieś plaży na Sithonii. Statek dosłownie wbił się w plażę. Nawet szczególnie nie hamował. Musiałam mieć równie zdziwioną minę co nieliczni plażowicze. Trap wystawiony i okazało się, że mamy prawie dwie godziny do własnej dyspozycji. Serbowie, najwidoczniej lepiej doinformowani, wzięli pod pachę swoje parasole plażowe i ręczniki, i porozstawiali się na plaży. Rozejrzeliśmy się wokół i wzięliśmy kurs na ruiny, które były niedaleko. Jak już obeszliśmy wszystko co się dało, zeszliśmy na jedną z tych ‘ukrytych zatoczek’. Pusta była z tego względu, że na plaży była z dwu metrowej szerokości, dziesięciocentymetrowa warstwa zeschnietych wodorostów. Gdyby się zebrać i odgarnąć nieco tego, można by mieć kawał fajnej plaży tylko dla siebie :) Tym bardziej, że zatoczka od tyłu była częściowo okolona przez skałę, która dawała cień…

Wróciliśmy na statek, zdobyliśmy miejsce na ławeczce i na wpół senni dobiliśmy do miasta zwanego Neo Marmaras. Tam mieliśmy około godziny – niewiele w sumie. Poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia i trza było wracać.

Następne w planie było dopłynięcie do Wyspy Żółwi / Marathonis, gdzie można było skakać do wody prosto ze statku. Jedno trzeba przyznać, tam woda miała kolor iście pocztówkowy. W oddali mignęły delfiny, niestety jakiś kretyn chciał chyba do nich podjechać motorówką i tyle było z oglądania morskich ssaków :P Dwa gobliny popatrzyły, jak inni sobie skaczą i pływają… potem już prosto do Pefkochori i koniec rejsu około 17.oo.

Ta wycieczka średnio nam się udało, bo czegoś innego się spodziewaliśmy: nie takiego upchania ludzi oraz byliśmy rządni większej ilości widoków…

Patrz -> Galeria

Na pocieszenie wieczorem rozwaliliśmy troszkę kasiory w automatach do wyciągania maskotek a ja upolowałam w sklepie zgrabniusią parasolkę na słońce w stylu chińskim :)

Grecja cz.II – Meteory

poniedziałek, Sierpień 25th, 2008

Meteory zaczynały się bodajże od 7 rano. Prawie zaspaliśmy. Daliśmy rade dotrzeć w dwadzieścia minut od podniesienia powieki do wpadnięcia do autokaru.

W Salonikach wsiadła Pani w czerwonej Sukience. Polka, która wyszła za Greka, mieszka tu już jakieś kilkanaście lat, pracuje, ma dziecko. Przewodnik to dla niej praca ekstra. Bardzo gadatliwa. Początkowo troszkę mnie to drażniło, bo chciałam się troszkę przespać w autobusie, ale w sumie to ciekawych drobnych rzeczy się dowiedziałam. Np że:

  • płaci około 120 euro na rok za wodę, podobna suma za prąd ale za dwa miesiące;  mówiła co za rośliny widzimy na polach;
  • o chrzcinach swojego dziecka (czyli obmycie go w świętych olejach i niemożność wykąpania go przez trzy dni a pampersy z tego okresu trzeba było spalić, bo otarły się o święte oleje, nie mogła przeżegnać się po katolicku – Grecja to prawosławni w większości);
  • o stawianiu kapliczek przy drogach kiedy ktoś zginie w wypadku albo gdzieś na terenie, na którym znajduje się firma czy dom, by zapewnić pomyślność. Właściwie każdy powód dobry, by postawić kapliczkę. Minęliśmy nawet parę wytwórni takowych – małe i wielkie, skromne i z przytupem;
  • w Grecji studiuje się do oporu, do zdania w końcu egzaminu. Jeśli ktoś dostanie się na studia medyczne, to już od pierwszego roku gratuluje się rodzinie studenta lekarza;
  • Grecja rodziną stoi – jeśli twój tata jest politykiem, prawdopodobnie pójdziesz w jego ślady, jeśli prowadzi restaurację, to będziesz to kontynuował itp;
  • pójście do lekarza w tym kraju to koszmar, nikomu nigdzie się nie spieszy, bałagan organizacyjny.

Do Meteorów z Halkidiki było parę godzin jazdy. Przystając gdzieś po drodze na kawę, Marcin zwrócił moja uwagę na góry ukazujące się nad stacją benzynową. Dwa potężne szyty, lekko zamglone, jeden o białym czubku. Później się dowiedziałam, że patrzyliśmy na Olimp, koło którego jechaliśmy trasą przez Dolinę Tembi.

Przejechaliśmy przez Larisę/Larysę (wg Pani w Czerwonej Sukience – drogie miasto, nowobogackie i nic ciekawego). Potem żółta kraina – Tesalia. Zanim dojechaliśmy do Meteorów, zawleczono nas do wytwórni ikon, gdzie każdy zostawił większą lub mniejszą sumkę…

Meteory to niemal pionowe skały o wysokości do kilkuset metrów w północno-zachodnim krańcu równiny tesalskiej. Na niektórych szczytach znajdują się klasztory. Do dnia dzisiejszego zachowało się ich siedem a zwiedzać można sześć:

– Warlaam /  Varlaam;
- Wielkiego Meteora / Przemienienia Pańskiego / Megalou Meteorou;
- Świętego Stefana / Agios Stefanos;
- Świętego Mikołaja Anapafsa / Agios Nikolaos;
- Russanu / Świętej Barbary,
- Świetej Trójcy / Agia Triada;
- Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie (zamknięty prawie zawsze).

Tradycja głosi, że na skalne bloki pierwsi pustelnicy wspięli się już przed X wiekiem naszej ery. Zamieszkiwali w jaskiniach i zagłębieniach skalnych, tworzyli modlitewnie, gdzie studiowali religijne ortodoksyjne teksty. Religia nakazywała jedna brać udział we Mszy Świętej, a tą przewodził kapłan. Pustelnicy chodzili więc do kościoła Archaniołów, później do kościoła Matki Boskiej a w końcu do wybudowanego kościółka u podnóża Meteorów w Dupiani (około XI w.). Z czasem powstał Klasztor Dupiani i kościół główny “Protaton”. Minęło jedno stulecie, drugie, trzecie. Zaczęły się liczne najazdy różnych nacji (Franków, Serbów, Albanów, Turków). Wygnani przez korsarzy, w 1344 do Meteorów przybył Atanasios ze swoim mentorem Grigoriosem. Osiedli na jednej ze skał – Słupie Stagów – i mieszkali tam dziesięć lat. Atanasios postawił przed sobą cel – zbudowanie dobrze zorganizowanego klasztoru, jak w miejscu z którego musiał uciec – z Agion Oros. Zebrał czternastu mnichów z okolicy i razem wdrapali się Szeroką Skałę – skałę-blok wysoką na 613 metrów nad poziom morza i 413 nad pobliskim miastem Kalambaki. Zaczęli budować Klasztor Wielkiego Metora. Atanasios Meteoryta dał  podwaliny pod zasady życia zakonnego w Meteorach. Dzieło dokończył Joasaf – dzięki datkom od licznych wiernych. Przez kolejne lata powstawały kolejne klasztory – było ich 24. Powstało prężne i dobrze zorganizowane państwo klasztorne. Wszystko jednak ma swój początek i koniec – to państwo podupadło a dzisiaj funkcjonuje tylko sześć klasztorów. Z pozostałych zostały ruiny a czasem nawet i nie to…

Pozostali nieliczni mnisi doglądają budynków, pracują jako doglądacze turystów :P a w wolnym czasie modlą się i studiują pisma teologiczne. Przez większość roku poszczą.

Szacuneczek dla kierowcy autobusu – to co on wyczyniał na wąziutkiej, zatłoczonej szosie, jest pełne podziwu. Nam się z Marcinem słabo robiło. Kierowca nie był brawurowy, o nie, po prostu był dobry, naprawdę dobry.

Na dzień dzisiejszy do każdego z klasztorów prowadzi dogodne dojście – schody, pomosty itp. w przeszłości dostać się można było po systemie drabin i lin, wspinania lub wciągania przez innych na górze – w siatkowej wielkiej torbie… (Zapytany kiedyś zakonnik na pytanie jak często zmieniają liny miał odpowiedzieć, że jak się zerwą…)

Widoki – przepiękne i niezapomniane. Widoczność wzorcowa. Wszystko z osobna i razem zapiera dech. I to pytanie – jak ktoś w średniowieczu mógł zbudować cokolwiek na takiej wysokości? No jak?

Byliśmy w dwóch klasztorach: Warlaam i Russanu. Pani w Czerwonej Sukience powiedziała, że te dwa są jej zdaniem najbardziej reprezentatywne oraz że każdy z nich pomalowany jest w nieco inaczej chodź wg ściśle kreślonych zasad.

Na pierwszy ogień poszedł klasztor Warlaam. W XIV w. pustelnik o imieniu Warlaam wdrapał się na skałę, wybudował na szczycie malutki kościółek i kilka cel. Żył samotnie w modlitwie do ostatnich swoich dni. Budynki pozostały opustoszałe. Na początku XVI mnisi Nektarios i Teofanis z klasztoru Wielkiego Meteora postanowili odbudować zrujnowany kościółek pod wezwaniem Trzech Patriarchów. Z czasem zakonników przybyło i wybudowano w 20 lat drugi kościół, większy i szerszy – Wszystkich Świętych z charakterystycznymi dwiema kopułami. Klasztor wzbogacił się na darowiznach (posiadłości ziemskie, winnice, gaje oliwne i lenna). Z czasem stał się klasztorem wzorcowym.

Początki powstania klasztoru Russanu nie są udokumentowane ale zakłada się, że powstał bardzo dawno temu – około 1388 r. Jedna z teorii głosi, że pierwszy mieszkaniec nazywał się Rusanos i pochodził z wioski Rosana. Draga teoria mówi, że klasztor wybudowali mnisi Nikodem i Benedykt. Pewne jet za to to, iż w 1545 r. mnisi Joasaf i Maksimos z Epiru dostali zgodę na wzniesienie kościoła w stylu bizantyjskim na miejscu zrujnowanego kościoła Przemienienia Pańskiego raz na odnowę klasztoru. Nie wiadomo co się działo z zabudowaniami w ciągu następnych dwóch wieków. Potem często był obrabowywany, rujnowany i zaczął podupadać aż do 1940 r.  Przez 20 kolejnych lat zaczynając od 1950 r. , kobieta o imieniu Euzebia, z pobliskiej wioski Kastraki, robiła co w jej mocy, aby zabudowania pozostały w stanie używalności. Dzisiaj to jedyny klasztor żeński w tym zespole klasztornym.

We wszystkich klasztorach panuje zakaz robienia zdjęć w budynkach z uwago na dobro malowideł, ikon, płaskorzeźb i ikonostasów (przegroda w kościele oddzielająca część dostępną dla wiernych od części dostępnej dla księdza). Na pocieszenie i na pamiątke można kupić sobie album :P dostępny także w języku polskim :O Wszystkie malowidła charakteryzują się brakiem perspektywy i światłocienia.

Do klasztorów trzeba wejść odpowiednio ubranym – zasłonięte ramiona i kolana, umiarkowany dekolt. Inaczej dostajesz chustę na zakrycie tego i owego. Russanu jest o wiele, wiele mniejszy od Warlaama ale za to czuć kobiecą rękę – kwiatki w donicach i na malusich rabatkach, pnące rośliny, ule.

Na koniec zawleczono nas do Kalambaki, miejscowości u podnóży Meteorów na jedzenie. Na szczęście dobrowolnie. Cielęcinka w sosie z ziemniaczkami i sałatka, a jak, grecką. Wracaliśmy nieco inną drogą, by podziwiać inne widoki za radą Pani w Czerwonej Sukience. Chyba prorocza rada, bo gdzieś wzdłuż trasy którą zmierzaliśmy do Meteorów, wybuchł pożar i zamknięto wjazd do doliny… byliśmy po 20.00 w Pefkochori. Inne autokary nie miały takiego szczęścia :P

Patrz -> Galeria

Wyprawa niezapomniana i jak najbardziej godna polecenia. Grecja okazuje się być nie tylko plażami z palmami i pozostałościami po starożytnych – to także świat prawosławnych. Meteora oznacza ‘zawieszony w powietrzu’ – i można sobie dopowiedzieć między ziemią a niebem – dosłownie i w przenośni.

(źródło: Meteora, Święte Skały i ich historia, Przewodnik Turystyczny; wydawca: – Georgios Tzioras – Kalambaka)

Grecja cz. I – przyjazd

środa, Sierpień 20th, 2008

Podróż do Grecji trwała dwie godziny z małym haczykiem. Na dole widać było skupiska świateł. Albo chmury i błyskawice.
Godzina przesunięcia do przodu. Po wyjściu z lotniska a Salonikach uderzyło nas wilgotne i gorące powietrze. Ile trwała podróż autokarem do hotelu – nie pamiętam. Wysiedliśmy wymęczeni i na wpół przytomni. Dostaliśmy klucze do ręki i dalej do pokoju. Chwila konsternacji – za przykrycie tylko jakby prześcieradło – ale padliśmy i nakryliśmy się cienkim materiałem. Więcej absolutnie nie było potrzebne a nawet byłoby męczarnią. Dochodziły do nas odgłosy przejeżdżających samochodów, megafon sprzedawcy dywanów. Później te odgłosy nie robiły na nas większego wrażenia ale tamtego poranka… nie dość, że noc nie przespana, hałas, to jeszcze najbardziej niewygodne łóżko w moim życiu. Ale o niewygodnych łóżkach w Grecji słyszałam już wcześniej od Wayne’a i Tanji. Nie znaczyło to jednak, że nie obudziłam się bez bólu w barku…

Szybki prysznic i poszukiwania sklepu – w turystycznych, zaraz za hotelem, nie mieli chleba pełnoziarnistego. Właściwie to za dużo to tam nie mieli z jedzenia. Wyszliśmy na główną drogę i znaleźliśmy miejscowy super market. Obkupieni wróciliśmy do pokoju na małe co nieco. Potem drugie wyjście w poszukiwaniu bankomatu – klucząc uliczkami, macając palmy i podziwiając małą cerkiew, zdobyliśmy pieniądze.
Pefkochori to mieścina niewielka, długa a wąska, znajdująca się na Kasandrze. Typowo turystyczna. To takie… Władysławowo w wersji śródziemnomorskiej, z domieszką obcokrajowców. Tak powiedzmy prawie pół na pół- choć raczej przewaga Greków. Brak tu wielkich kompleksów hotelowych. Za to niewielkie hotele, pokoje i apartamenty. Właściwie, to można tam jechać w ciemno – na pewno się jakieś miejsce by znalazło. Mnóstwo tawern i sklepów z pamiątkami. Mniej czy bardziej tandetnymi. Wiedziałam, że kapelusz będzie mi niezbędny, więc tak długo chodziłam, aż znalazłam jakiś w którym jako tako wyglądałam. Do kompletu wachlarz :P
Doszliśmy do plaży, wąskiej, ziarnistej, czystej i rozgrzanej do granic. Było duszno, powietrze jakby stawiało niewielki opór. Było po piętnastej, okiennice pozamykane, markizy naciągnięte – życie jakby przycichło – sjesta. Wróciliśmy do pokoju i zasnęliśmy.

Patrz -> Galeria

Wstaliśmy tylko dlatego, że było umówione spotkanie z rezydentem.
Dotarliśmy na miejsce, usłyszeliśmy parę zdań o Półwyspie Chalcydyckim / Chalkidiki / Halkidiki / Χαλκιδική / Chalcidice – że na północnym wybrzeżu Morza Egejskiego, że na południowy wschód od miasta Saloniki i że kończy się trzema mniejszymi półwyspami Kasandrą, Sithonią i Athosem. Usłyszeliśmy o możliwościach wykupienia wycieczek, gdzie co i jak – i właściwie dopiero po nieśmiałych protestach, że kolacjo-obiad czeka na niektórych w hotelach, pani pospiesznie skończyła i nas wypuściła ze zaznajomionej tawerny. W Petridis faktycznie posiłek czekał. Szybka decyzja, co chcemy zobaczyć i z powrotem do biura zamówić wycieczki: do Meteorów, rejs po Zatoce Toronejskiej i do Jaskini Petralona. Chcieliśmy do Aten, ale rezydenckie biuro zrezygnowało z tej pozycji z powodu znaczej odległości. Udało nam się jeszcze zobaczyć zachód słońca, który trwał naprawdę niedługo. Nazajutrz czekała nas wycieczka do Meteorów, więc nie badaliśmy dokładnie nocnego życia… zaśniecie nie stanowiło problemu.

statystyka