Archive for Lipiec, 2008

Tydzień w Polsce

środa, Lipiec 30th, 2008

Mam dziś humor nieco marudny, ale postaram się powstrzymać.

Podróż do Polski – bez problemów. Ruszyliśmy popołudniu, byliśmy około piątej nad ranem w Toruniu. Michał został w Gelballe, w dość nieciekawym, żeby nie powiedzieć ponurym nastroju. Ilonę właściwie widzieliśmy później tylko przelotem – wraz z Pszczołą załatwiała naprawę stacyjki w swoim samochodzie i inne sprawy przed szybkim powrotem do Danii – tak, tak, Ilutek dorobił się Forda Fiesty. W środe, wraz z Pszczołą i trzema kociurami, pojechała do Gelballe.

Babcia z Torunia jakby radośniejsza – dorabia sobie i nie musi już ciułać każdego grosza. Jak chce, to odkłada i kupuje – ma z czego. Teraz zbiera na laptopa… Jest też nie nasycona naszymi wizytami. Bez względy ile ich jest i jak długo one trwają. :P

Polska znów nas przytłoczyła szyldami, bilbordami i wielkimi płachtami reklamowymi. Jest tego tyle, że ja widzę tylko pstrokate zbiorowisko barw. Nic na to nie poradzę. A juz pod względem wielkich reklam na budynkach, wszystko przebiła Warszawa – teren wokół Pałacu Kultury. Płachta, płachta i obok… płachta.
A co robiliśmy w stolicy? Byliśmy tam przelotem w drodze do Krakowa – do lekarza Marcina. Tym razem postanowiłam się przejechać. Wyszukaliśmy bardzo ładne połączenie w jedną i drugą stronę – takie po około sześciu godzin każde. Okazja :P   Do lekarza wpadliśmy akurat na czas – staliśmy troszkę w korkach. Lekarki jeszcze nie było… i nie było przez kolejne dwie godziny!! @#$! Nerw mi puścił. Mieliśmy akurat dwie godziny w zapasie. Jak Marcin wchodził o 15.30, ja zamawiałam od razu taksówkę – gabinet znajduje się dość daleko od dworca kolejowego. Niestety, nie zdążyliśmy na pociąg – zabrakło jakiś 10 minut. Za to Marcin został zatrzymany za palenie na terenie dworca, zapłaciliśmy 50 zł za zmianę godziny na bilecie (jak się później okazało, zmiana działała tylko na na linii Kraków-Warszawa, o czym poinformował nas pan konduktor na linii Warszawa-Toruń), zjadłam najgorszą zapiekankę w moim życiu. Mieliśmy przymusową przerwę dwugodzinną w stolicy. Obeszliśmy teren wokół dworca, kupiliśmy kubeczek z Czesiem :) Zamiast być planowo na 21.00, byliśmy o 1.00…
ale tak w ogóle lekarka była zadowolona – jest postęp w leczeniu, po paru miesiącach zastoju. Marcin zostaje przy dotychczasowym, ‘wakacyjnym’ zestawie antybiotyków. Może się wystawiać na słońce :P

Ukoiliśmy nasze oczy widokiem Torunia następnego dnia ;) W ramach przypomnienia, jak to jest – mała przejażdżko-trzęsionka tramwajem. Człowiek od razu wie, że żyje. Zjadłam też pyszniutką toruńską zapiekankę. Najlepsza na świecie. Niestety nie dotarłam na to miejsce, gdzie można zobaczyć  widowisko dźwiękowo-świetlne przy fontannie. A chciałam.
Znów zmieniłam uczesanie. Podoba mi się. Muszę poczekać tylko, az odrośnie mi grzywka z poprzedniego ścięcia.

Tym razem było tylko jedno wyjście ze znajomymi – troszkę był z tym kłopot, bo zapomniałam wziąść swoją kartę Plus’a a tam cała lista była… heh, porażka. I na koniec, Marcin zmył się przed przyjściem ośmiu osób… ale to już nie pierwszy i nie ostatni cyrk związany z jedzeniem i przyjmowaniem tabletek. Już nawet nie komentuje. Szkoda, że tak wyszło, ale jak spojrzę w te niebieskie ślepia, nie mogę się długo gniewać  :)
Brakuje mi tych wszystkich twarzyczek kochanych :) Dobrze było zobaczyć, że Ania wyraźnie odżyła. Chodzi na ‘milongi’( i ma fajniutkie mieszkanko).

Dziadkowie z Golubia niepocieszeni faktem, że ani ja, ani Ilona, ani mama nie będziemy na 50-tej rocznicy ślubu. W pracy to chyba by mnie rozszarpali, gdybym powiedziała, że potrzebuje paru dni pod koniec lipca; a jeszcze czekała mnie przeprawa, jak powiedzieć, że mi się urlop o trzy dni wydłuży. Dziadkowie usiłowali namówić mamę, ale twardo odmawiała. Strzeliłam nieco fotek zdjęciom z albumu dziadków. Spróbuje to kiedyś jakoś poukładać.

Marcin był z kolei u swojej babci w Mlewie. Długo leżała w szpitalu w Warszawie i nieciekawie było. Coś z zapaleniem opon mózgowych, coś z uszami… niezbyt dobrze to wszystko wyglądało.

W poniedziałek jeszcze tylko parę spraw do załatwienia (jak np pobranie próbki krwi do badania DNA czy mam boreliozę, podtyp ten, co wyszedł u Marcina; zrobienie paru fotek)  i popołudniu ruszyliśmy na pociąg do Poznania… długo oczekiwany urlop nadchodził … Jesteśmy ze sobą cztery lata i dopiero teraz udało nam się wyjechać wspólnie i być tylko we dwoje  :D   lubię jeździć do Polski ale wypoczynkiem tego nazwać nie można :P

Patrz Galeria –>

Pozwolenie na pracę i pobyt

sobota, Lipiec 26th, 2008

O wakacjach jeszcze napiszę, ale przedtem parę słów o innej sprawie.

Wspominałam już wcześniej, że zostałam odesłana przez duński urząd dla obcokrajowców do czegoś zwanego Statsforvaltningerne, oddział w Ribe. Dojazd z Kolding z przesiadką w Bramming. Niestety jak wysiadłam na docelowym przystanku, uświadomiłam sobie, że mapki sytuacyjnej jak do owego urzędu dotrzeć, nie wydrukowałam, ani nawet nie spojrzałam na mapę. Na szczęście telefon do Michała uratował sytuację i po około 20 minutach na piechotkę byłam na miejscu. Budynek dzielony z innymi biurami żywcem wyjęty z lat siedemdziesiątych. Znalezienie głównego wejścia wzbudziło niewielką panikę, ale się udało. Nawet byłam na czas.

Pani z tego urzędu, przeglądając moje podanie i widząc, że firma ma nie jest w związkach, była gotowa odesłać mnie do urzędu dla obcokrajowców. Wyjaśniłam, że ja własnie z stamtąd zostałam odesłana i poradziałam zadzwonić do miłej pani ze SteamLine. Porozmawiały sobie, pan iz Statsforvaltningerne swierdziła, że jestem pierwszym takim przypadkiem odkąd wprowadzone nowe zasady ale papiery przyjęła po namyśleniu się ( na szczęście akt urodzenia nie był potrzebny – w podsumowaniu podania, jako jeden z wymaganych dokumentów wymieniony był także i akt urodzenia, ale w sumie ten formularz był dość uniwersalny i nie tylko służył do pozwolenia na pracę).

W drodze powrotnej przystanęłam, aby pstryknąć zdjęcia malowniczej strudze i kaczuszkom ale jak ta chmara ptacta na mnie ruszyła – to uciekłam grzecznie na chodnik… ponieważ jeszcze miałam troszkę czasu do odjazdu tym razem autobusu, postanowiłam odnaleźć centrum. I znalazłam ale było za późno na powrót na przystanek… więc po zrobieniu fotek, wejściu do sklepu na przekąskę i rozpaczliwej próbie znalezienia stacji, w końcu dotarłam. I wtedy się dowiedziałam, że z Ribe pociągi jadą tylko w dwóch kierunkach: do Bramming i do Tønder. Więcej opcji nie ma. No więc poczekałam sobie na ten do Bramming, w Bramming sobie jeszcze poczekalam na pociąŋ do Kolding… no ożesz #$&!!

Patrz Galeria –>

Pozytywne rozpatrzenie przyszło w piątek przed naszymi wakacjami. Zostało to nieco przysłonięte przez inne sprawy ale HURRA! Mam pozwolenie na prace i pobyt w Danii na 5 lat. Mogę dowolnie zmieniać pracę, bez czekania i bez proszenia. Za pięć lat mam się znowu do Statsforvaltningerne odezwać. To dość ważne dla mnie, więc postanowiłam poświęcić temu osobny wpis. Basta.

Ilona i Michał wyprowadzili się do Gelballe. Dla nas wszystkich, czterotygodniowe mieszkanie – z różnych powodów – było ciężkie, ale nie chce  się o tym rozpisywać.

A tak w ogóle – to ja lubię kręgle, nie wiem co Marcin na nie kręci noskiem :P

statystyka