Archive for Czerwiec, 2008

Fischmarkt

niedziela, Czerwiec 29th, 2008

Pogoda się nieco zepsuła – częste deszcze, choć słońce próbuje się przebić.

W pracy – sezon się chyba już zaczyna, a to za sprawą firmy Sand, która zażyczyła sobie zmienić nalepki na 24 tysiącach sztukach bielizny… jedyna różnica na nalepkach to delikatna zmiana nazwy np z traditional brief na traditional. Na moje, faceci raczej nie przyglądają się nalepkom dlużej niż pare sekund i raczej po to, by spojrzeć na rozmiar a nie analizować nazwę – ale nasz klient, nasz pan :P Na poczet nowego sezonu zakupiłam sobie nowe butki z amortyzacją – a Stadium moim nowym ulubionym sklepem :P nie dość, że promocja to jeszcze dostało mi się zegarek. Całkiem zgrabny i się przyda, bo myślałam nawet o zakupie. Lubię takie zbiegi okoliczności.

Wykończeniówka domu w Brørup się nieco ciągnie. Po części brak czasu, po części kasa – no i ten metraż… a rachunki nadchodzą… utrzymanie tego domu to naprawdę tysiące… zapadł pomysł, jak dom może zarabiać – klub dla swingers’ów :D temat może rozwinę, jak przyjedziemy z wakacji.

A właśnie wakacje – jeszcze tydzień – i ruszamy w drogę. Najpierw Polska: odwiedziny, badania, parę spraw do załatwienia i po tygodniu w kraju ojczystym ruszamy do Poznania na samolot. Do Grecji, na półwysep Chalkidiki “przypominający wielki trójząb boga mórz Neptuna” :D   już powoli zaczynam odliczać… Marcin ma ambitny plan rzucenia palenia – plasterki, gumy do żucia + ciepło + zwiedzanie – ta kombinacja ma pomóc. Zobaczymy jak to będzie w praktyce. Chcemy zobaczyć koniecznie Ateny i Meteory :)

Z Janką byliśmy w Hamburgu na Fischmarkt. Zwlekliśmy się o 3.30 z łóżka, godzina później w samochodzie i około 7.oo byliśmy na miejscu. Rynek odbywa się w kążdą niedzielę. Otwarty od 5.oo w lato i od 7.oo w zimę, trwa do 10.oo. Owoce, wrzywa, ryby, mięso, kwiaty, biżuteria, ciuchy, pamiątki itp… ciągnie się ciągnie wzdłuż portowego nadbrzeża. Im bliżej do 10.oo, tym ceny niższe. Gdzieś w połowie ciągu straganów stoi spory budynek, gdzie można przysiąść, zjeść, wypić, gdzie gra jakiś zespół i gdzie można potańczyć. Pączki są o wiele lepsze w Polsce (w Danii w ogóle nie ma).

Wsiedliśmy jeszcze na łódeczkę i przez jakieś 1,5 h oglądaliśmy dawną magazynową dzielnicę oraz port. Port w Hamburgu to bodajże drugi co do wielkości port w Europie  i jeden z ważniejszych naświecie. Pan ze statku rzucała tonażami i możliwościami przeładunkowymi poszczególnych mijanych statków, ale obawiam się, że musiałabym odświerzyć mój niemiecki :P to znaczy nauczyć się go od nowa, haha ha ha.

Na koniec byliśmy jeszcze w dzielnicy Reeperbahn i St. Pauli – taki bieg przez główną ulicę… Niestety bateria padła mi już wtedy – a bardzo żałuje, bo to malownicza i specyficzna część miasta była :D   Przy okazji wpadliśmy na… Robina od Żabci. Wracał od kolegi do rodziców. Chyba był rówie zaskoczony co my  tym spotkaniem :) Akurat znaleźliśmy się o tym samym czasie i w tym samym miejscu – w kilku milionowym mieście w Niemczech :)

 Patrz Galeria –>

“Wódki nie pije. Na co dzień.”

środa, Czerwiec 18th, 2008

Moje krople do oczu na alergię są takie sobie. Na szczęście:
- drzewa przestały pylić,
- padało.

A więc nie płacze już rzewnymi łzami.

Przyjazd Ilony, Michała i Magdy nieco się opóźnił. Dokładnie o dwadzieścia cztery godziny. Kierowca zapomniał podjechać na przystanek koło Dworca Miasto. Oprócz nich, jeszcze jedna osoba poszła z  powrotem do domu. Interwencja następnego dnia poskutkowała.  Przyjechali. Dobrze, że kierowca nie zapomniał przyjść do pracy.
Przyjechali w upały. Pod sam ich koniec, kiedy nasze poddasze zdążyło się solidnie nagrzać.
Przyjazd jeden dzień później omal nie skończył się nie załatwieniem sprawy przez Magdę. Ale koniec końców,  kontrakt podpisany i otrzymany (Madzia ma już za sobą założenie pierwszych spodni na wieszak w Steam Line, podobnie jak pierwszą wywrotkę vogn’a na zakręcie :P ) , dokumenty złożone (i tu oklaski dla Marcina).

Dowiedzieliśmy się, że z dniem 1 maja przepisy się nieco zmieniły. Jeśli obywatel nowych krajów członkowskich UE (Bułgaria, Łotwa, Estonia, Litwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Czechy i Węgry) chce się zatrudnić u pracodawcy, który jest członkiem któregoś ze związków zawodowych – nie idzie już do Urzędu Emigracyjnego / Policji  ale do czegoś, co nazywa się Statsforvaltningerne i tam składa osobiście podanie. Tam też trzeba się zgłosić po roku, po przedłużenie pozwolenia – to np mój przypadek. Dowiedziałam się o tym od Urzędu Emigracyjnego, po tym jak złożyłam do nich podanie jakieś trzy tygodnie temu… a czas leci… jestem umówiona na wtorek w Ribe.

Trzeba było oprowadzić koło zamku – a że dawno nie byłyśmy tam z Iloną, więc nawet się zwlokłyśmy :P Przyjazd Madzi pod znakiem serów wszelakich, z naciskiem na Brie. Nie spodziewałam się, że tak szybko zawitamy znów do Geografisk Have – ale akurat był tam targ – więc nie było innej rady… ja z Marcinem wróciliśmy z dwoma owadożernymi roślinami (Sarracenia alata i Dionea muscipula). Jeszcze stoją – dostają ogromne ilości wody, więc może moja trzecia w życiu rosiczka utrzyma się przy życiu. Nie ma też Fufy, która mogłaby się zajadać witaminkami z tej roślinki…

Patrz Galeria –>

Lejrskov opróżnione. Pojawiła się wywieszka ‘Na sprzedanie / til salg’. Puste ściany i ostatnie wykopywanie roślin z ogródka. A ceny domów ostatnio spadły. A jeszcze do tego, temu domu przydałby się porządny remont.
Przy okazji, wszystkim dostało się pare mebli :)

Ciemno się robi około 23.00. Łunę od słońca widać jeszcze pół godziny później. Wciąż dla mnie to na swój sposób fascynujące.

Ciepło

niedziela, Czerwiec 1st, 2008

Nadeszły w końcu naprawdę ciepłe dni… zebraliśmy się i pojechaliśmy nad Morze Północne – a dokładnie rzecz biorąc na wyspę Rømø. Standardowo zbłądziliśmy w okolicach Ribe – zawsze na tamtejszym rondzie z uporem maniaka skręcamy na północ, choć powinniśmy dokładnie odwrotnie. Tym razem zaopatrzeni w mapę, którą kupiliśmy parę miesięcy wcześniej przy próbie dojechania na Rømø  :)   zawróciliśmy już po paru minutach.

Rømø – popularne miejsc plażowania, gdzie możesz się rozłożyć obok połowy Schleswig’u i gdzie możesz do woli ćwiczyć niemiecki  :P   Niemcy uwielbiają tu przyjeżdżać, bo wjazd bezpłatny, przyjemne miejsce, można zabrać psa, pobiegać topless, rozbić namiot i takie tam. Nad piaskami powiewają latawce. Najszersza plaża jaką widziałam i na którą możesz wjechać samochodem. Istnieją jednak haczyki:

  • Morze się oddala i przybliża w tempie dość szybkim. Jeśli jest odpływ to pół biedy. Najwyżej masz później dalej do morza. Znacznie gorzej, jeśli zaparkowałeś przy linii morza i poszedłeś na długi spacer – ryzykujesz  podlanie samochodziku :)
  • Nie wszędzie piasek jest ubity – możesz się łatwo zakopać :)

Mając obraz przypływu zeszłego roku, zostawiliśmy samochód w połowie plaży. Po drodze jednak udało nam się zaboksować kołami. Usłużny pan w pick up’iejuż kierował się w naszą stronę (za to przyjemność płaci się podobno około 800 kr / 400 zł  :O ) ale wystarczyło, że ja i Ilona wyszłyśmy ze samochodu a Marcin włączył wsteczny i było po sprawie. Rozłożyliśmy się w drugiej linii wylegujących się – zaraz za przeoraną kołami linią, idąc tropem mojej logiki, że kierowcy widząc takie bruzdy, powinni omijać takie miejsca… moja logika błądzi czasami i tak było w tym przypadku. Mieliśmy niepowtarzalny widok na zakopujące się samochody… i podjeżdżające pick up’y wypisujące rachuneczek. Jedno co nas uderzyło, że kiedy Niemcy się zakopali, wszyscy obserwowali a kiedy Duńczycy – młode Duny rzuciły się na pomoc… na koniec dnia postanowaliśmy spełnić dobry uczynek i pomogliśmy wypchnąć samochód -człowiek tak się lepiej czuje :P

Na Rømø pod palcami do dyspozycji milusi drobny piaseczek, jednak trzeba uważać na liczne muszelki, które potrafią się wbić w stópkę. Brodząc trzeba zaś uważać na meduzy i kraby. Takie życie. Można też daleko zapuścić się w morze brodząc. Duńczycy jedna ostrzegają, bo Morze Północne jest podobno zdradliwe i niejeden Niemiec skończył tragicznie.

Woda przy brzegu była mocno nagrzana. Spędziliśmy troszkę czasu brodząc i szukając co ciekawszych skabów :) Wypróbowaliśmy głośniczki do Stone’a – działają :) Krem z filtrem, który kupiłam zadziałal na tyle dobrze, że jedynym fragmentem, który opaliliśmy, były moje pleccy – po prostu nie były posmarowane…

Poobserwowaliśmy także Polaków, którzy zajechali takim mesiem, że ho ho… zawsze mnie bawi, jak niektórzy ‘chronia’ swoje dzieci. Skoro przyjechali juz nad morze – to trzeba było wziąść ten krem z filtrem 50 albo specjalne ubranka dla dzieci na plażę – a nie chowac się z dzieciakiem w samochodzie… Mają mesia to i na parasol przeciwsłoneczny powinno starczyć… eh… szkoda słów…

Nasępnego dnia pojechaliśmy już nad Morze Bałtyckie – konkretnie nad cieśninę Lillebælt / Mały Bełt. Próbowaliśmy najpierw dostać się na plaże w Kolding, ale nie znaleźliśmy miejsca parkingowego, więc pojechaliśmy za miasto. Tu plaża już wąziutka, żeby nie powiedzieć mikroskopijna, do tego pokryta wodorostami i nieco kamienista. Jakby nie było dość, zaczął wiać zimny wiatr, więc szybko się zwineliśmy :(

Ostatnio było troszkę przedłużonych weekendów, więć w czasie wolnym zrobiłam swoje pierwsze w życiu sushi – lepiej późno niż wcale. Z ogóreczkem i wędzonym łososiem, tak na spróbunek. Była też wersja dla Marcina – z brązowym ryżem.  Nawet można się tym najeść, o dziwo.

Jeszcze przed Ilony wyjazdem do Polski, zdąrzyłyśmy zahaczyć o Geografisk Have – ogród zoo-botaniczny w Kolding. Przyjemne, dość spore miejsce, gdzie można spędzić parę godzin, zrobić piknik. Jednak aby zobaczyć ogród w pełnej krasie, będziemy musiały się tu wybrać tak w drugej połowie czerwca. Taki ogród różany był jeszcze niemal łysy… Magnolie miały dopiero pąki. Dopisywały za to japońskie rododendrony.  Niestety popłakałam się. Popłakuje sobie zawsze od czasu do czasu ale w tym roku jest to nie do zniesienia. Muszę to w końcu przyznać – jestem alergikiem. Nie kicham, nie duszę się, tylko płaczę… Podobno w tym roku dolegliwości alergiczne są wzmożone, bo praktycznie nie padało w Danii przez cały maj. Pyłki nie zostały spłukane. Obiecuje sobie kupić medykament ale jakoś do apteki dojść nie mogę…

Patrz Galeria

statystyka