Archive for Maj, 2008

Wiosna

poniedziałek, Maj 19th, 2008

Sezon w SteamLine się definitywnie skończył – Ilona ma więc przymusową przerwę w pracy. Pewnego dnia oświadczyła, że tak długo tu jest a jeszcze nie widziała morza… co mogliśmy zrobić? Wsiedliśmy w samochód i wywieźliśmy nad Bałtyk. Plaże, przynajmniej tu w okolicy, są malusie, kamieniste, a piasek nie jest milusi, brzeg zarośnięty glonami… no ale spacerek można zrobić :)

Budowa w Brørup u Janki na ukończeniu. Już właściwie tylko wykończeniówka. Choć czasem bolesna – jak np przyspawanie schodów i niezabezpieczenie podłogi pod spodem, co daje w rezultacie wypalone kafelki… no bo robotnicy myśleli, zę jak położą plastikowe płachty, to wystarczy… ale generalnie dom ładny, bardzo dużo przestrzeni, ładnie rozmieszczone okna i świetliki. Pozostaje tylko kwestia, jak teraz to utrzymać…i pojawiają się pomysły :O

Zaraz na początku maja był targ w Kolding. Myślałam sobie, że coś fajnego, jakieś starocie do wytropienia czy ciekawostki – a tu właściwie tylko poszerzone wystawki sklepów na zewnątrz… no i pan na szczudłach i traktor na środku deptaka… bez komentarza.  No dobra, Marcin wrócił z butami ale nie takie było założenie tego wyjścia…

Byłam na 10-leciu PrimeCargo. Firma rozrosła się do trzech terminali, teren wykupiony pod czwarty, wyodrębniona firma córka – SteamLine. Jak na ten okres czasu, to całkiem nieźle. W każdym razie mieliśmy zebrać się o 11.00 przed firmą. Nic nie było wiadomo co nas czeka, oprócz tego, że będziemy spędzać czas na zewnątrz i można wziąć lepszą bluzkę/koszulę na przebranie na wieczór.

Chwilkę po 11.00 podjechały trzy autobusy.  Zapakowaliśmy się, kto chciał, mógł pojechać za autobusami swoim samochodem. Nikt nic naprawdę nie wiedział – żadnej ploteczki, żadnego przecieku… Zjechaliśmy na autostradę na północ – a więc nie Niemcy i nie wybrzeże zachodnie. Dalej skręt na Fredericie. A więc nie północ Jutlandii. Odense? Ja stawiałam na Kopenhagę. Przejazd mostem z półwyspu na Fionię…i niespodzianka, bo zaraz za Middelfart skręciliśmy na południe. Każdy nerwowo zastanawiał się – co tam może być na południe od tego miasta? Coraz bardziej zjeżdżaliśmy  z głównych dróg, coraz mniej mówiące coś miejscowości, drogi coraz węższe – aż w końcu zajechaliśmy za jakiś dworek o dźwięcznej nazwie Brahesborg (bo to nawet wioska nie była, tylko taki kompleks budynków – przy dyżym zbliżeniu widać, że mapa precyzyjnie nie trafiła w to miejsce ale podążając na południe drogą natrafia się na zabudowania). Wysiedliśmy, dostaliśmy po sandwichu, owocku, piciu i cukierku. Poinformowano nas także, że będziemy robić pięć różnych rzeczy – lecieć helikopterem, jeździć LandRoverem, wziąć udział w zabawie śpiewano-ruchowej, strzelać i coś z robotami. Powiedziano nam też, gdzie można zostawić ewentualne zbędne rzeczy, więc poleciałam je zanieść. Jak już wróciłam, to wszyscy podzielili się na widoczne grupy, więc podeszłam do tej, w której były dwie sympatyczne babeczki, które poznałam troszkę lepiej przy okazji pracy w PrimeCargo. Jakieś dziesięć minut później zorientowałam się, że podział na grupy zależał od rodzaju słodyczka, który się wybrało. No cóż, nie przyznałam się, że jestem udawanym Twix’em  :]


Wyświetl większą mapę

Moja grupa zaczęła do helikoptera. Trochę o minimum bezpieczeństwa, rozdzielenie na dwie maszyny i czekanie na swoją kolej. Wrażenie całkiem, całkiem. Po założeniu słuchawek wyciszających można było podziwiać widoczki, z których największe wrażenie robił widok morza – zieleń przy brzegu, w dole delikatna mgła, która zacierała granicę między wodą a niebem… mhhh…. ale nic co piękne nie trwa wiecznie.  Potem były LandRovery. Przygotowana trasa – można było spróbować swoich sił w jechaniu pod kątem 45 stopniu bokiem i takie tam. Co prawda brak prawa jazdy nie przeszkadzał ale… ja nawet z ruszaniem mam problemy więc sobie podarowałam. Następna było szybkie szkolenie w tańczeniu, śpiewaniu i wystukiwaniu rytmu – a na koniec połączenie wszystkich elementów. Zabawa była przednia. Za to dwa następne czynności były takie sobie. Strzelanie – po minucie patrzenia na inne osoby wiedziałam, że to nie dla mnie. Bolące ramię po odrzucie upewniło mnie w tym. Żeby to było jeszcze strzelanie do tarczy – ale do wystrzeliwanego krążka nad polem? Zostawiam to dla innych… ostatnią czynnością było zabawa z robotami – właściwie robocikami zbudowanymi z klocków Lego z programatorem. Zadanie polegało na zaprogramowaniu robota, tak, aby  przejechał po określonych polach na planszy, otworzył szczypce, złapał w nie piłeczkę i wywiózł ją poza plansze. Po pierwsze nie do końca zrozumiałam o co chodzi na początku (duński), po drugie były tylko 4 laptopy a 10 robotów, po trzecie na komputerach była Vista (oczywiście zawiesiła się na naszym laptopie, a restart trwał dłuuuuugo). Na koniec jeszcze wspólne śpiewanie i tańczenie wszystkich pięciu grup.

Nadszedł wieczór, większość się poprzebierała, szampanik, losowanie stołów, przemowa, teledysk zmontowany ze zdjęć czy fragmentów video z tego dnia, jedzonko, alkohol i tańce – to w skrócie następne sześć godzin.  Po trzeciej w nocy byłam w domu…

A tak na koniec – jesteśmy w Danii już trzy lata… w końcu można powiedzieć, że stoimy pewnie na nogach :]  różnie bywało… ale  warto było przez to wszystko przejść.

Patrz Galeria

Pflanzenmarkt

wtorek, Maj 13th, 2008

Już od jakiegoś czasu Janka wspominała o zbliżającym się targu ogrodniczym w Niemczech. Była w poprzednim roku i bardzo sobie zachwalała. Przygoda / wyprawa -> dwa razy nam nie powtarzać. Zebrałyśmy się i nie zmuszone wstałyśmy o 5 rano, by być na 6.00 u Helgi i Hansa. W Hamburgu byliśmy chwilkę przed wpół do dziesiątą.

Całość mieściła się na terenie muzeum / skansenu Kiekeberg (Freilichtmuseum am Kiekeberg The Kiekeberg Open Air Museum), poświęconemu głównie XIX życiu wiejskiemu z północnych rejonów okolic Pustaci Luneburskiej (Lüneburger Heide / Low Saxon Lüünborger Heid /  the Lunenburg Heath - dolna Saksonia, pomiędzy miastami Hamburg, Brema i Hanower -> wg Wikipedii). Założone w 1953 roku, do obejrzenia jest tam 30 różnych budynków na 120 tysiącach metrów kwadratowych.  Nie to, żeby to było nie wiadomo co, ale miłe do popatrzenia :) zwłaszcza, że ani ja, ani Ilona wielkimi znawcami kwiatów nie jesteśmy, toteż pomiędzy przypatrywaniu się kwiatkom zachodziłyśmy do chatynek.

Wbrew przewidywaniom wszystkim, nie rozpogodziło się, więc już po jakiejś godzinie miałyśmy nieźle zmarznięte stópki – bo oczywiście pojechałyśmy w trampach, bo w Danii w miarę ciepło wtedy było.  Na szczęście w jednym z budynków mieściły się dwie wystawy: jedna z nich była szybkim przeglądem historii od czasów prehistotycznych do współczesnych; druga koncetrowała się na latach 50- i 60-tych. Pierwsza była typową gablotową wystawą, druga już bardziej interaktywną – można było wejść do zrekonstruowanego zakładu fryzjerskiego czy też częściowo na posterunek policji idt. Przyjemnie bardzo. I ciepło…

Po wyjściu zdecydowałyśmy się na małe zakupy – no przecież nie mogłyśmy być na targu ogrodniczym i wrócić bez kwiatka :P

A co samego targu – oprócz kwiatów i drzewek można także było zakupić rzeczy z wikliny, metalu, drewna, szkła – wszystko co mogło ozdobić ogród.

Patrz Galeria

statystyka