Archive for Kwiecień, 2008

Nieśmiała wiosna

niedziela, Kwiecień 27th, 2008

I tak kwiecień powolutku się toczył… Przerzucona do Prime Cargo, przeżyłam mały szok. Ci ludzie połowę czasu zużywają na ploty, babulenie o niczym, chodzenie na kawę i do ubikacji itp… ha! Żyć nie umierać generalnie… I jeszcze nieco więcej kasy zostają. Zostały mi jeszcze dwa tygodnie, ale spytam się czy nie mogę się tam poszwendać nieco dłużej…

Byliśmy w Brørup – Janka miała urodziny, co oczywiście umknęło z głowy Marcinowi. Dobrze, że chociaż mieliśmy te wszystkie sole i olejki do kąpieli o które prosiła, żeby kupić… to chociaż z pustymi rękoma nie pojechaliśmy… sieroty. Budowa zbliża się ku końcowi, właściwie została wykończeniówka, a i ta już w połowie zrobiona. Niezapomnianym hasłem zostanie sentencja jednego z budowlańców: “To nie drożdżówka, k***a, ale dobra.

Wybraliśmy się też do Vejle, miasta jakieś pół godziny autostradą od Kolding. Dostaliśmy ulotkę informującą, że w Vejle otwiera się nowy sklep Merlin (ze sprzętem elektronicznym, DVD, grami itp). Wypatrzyliśmy płaski monitor LG 21 calowy… taniocha jakich mało. Do tego chcieliśmy obejrzeć laptopy.

A więc niedziela rano zbiórka, by na 10.00 rano być w sklepie. Mapka wydrukowana. Dojechaliśmy na czas. I nas zgięło na miejscu. Owszem, otworzył się nowy Merlin – ale… w równie nowym centrum handlowym. Przyjechaliśmy na otwarcie centrum handlowego! Na ulotce Merlina nie było takowej informacji… Aaa! Ochrona i policja, tłum ludzi (w tym wózki inwalidzkie, dzieci w wózkach, na ręku, przy nodze itp…), orkiestra, balony, serpentyny… gdybyśmy wiedzieli, nosa byśmy nie wystawili tego dnia. Ale skoro wjechaliśmy już na parking… Wyszliśmy, znaleźliśmy Merlina w gąszczu sklepów – i znaleźliśmy baaaardzo długą kolejkę do tego sklepu. Jedna osoba wychodziła ze sklepu, to ochrona wpuszczała do środka jedną osobę. Westchnęliśmy ciężko. Oczywiście promocyjnych monitorów była określona ilość. Nie dawaliśmy sobie dużych szans, więc postanowiliśmy wydostać się z stamtąt i pospacerować przez centrum Vejle. Tak też zrobiliśmy, wypuszczeni przez ochronę odsuwaną barierką…

Przeszliśmy się dość sporym deptakiem w tą i z powrotem. Westchnęliśmy ponownie – trzeba wejść do centrum, bo dwu czy trzy-poziomowy parking znajduje się nad. Znowu minęliśmy Merlina. Wydawało nam się, że kolejka zmalała ale to było złudzenie… pan w barwach Merlina, z elegancką muszką zamiast krawata, chodził wzdłuż kolejki i informował, które promocje są już wykupione i nieaktualne. To nawet miłe i zaoszczędziło nam czasu. Przedarliśmy się do samochodu.

Za parę dni pojechaliśmy do sklepu w Kolding, i choć nie po takich promocjach, to i tak udało nam się kupić 22 calowego LG i kompa stacjonarnego po przyzwoitych cenach. Teraz stoją już dwa kompy – ha! Vista (60 dniowa) postała dokładnie trzy dni i zrozpaczeni szybko zainstalowaliśmy Ubuntu. Niestety nie wszystkie opcje na Ubuntu 64 są dostępne… taki flash player najnowszy czy obsługa połączeń video… no ale za to internet śmiga.

W ramach: “Gdzie tu można pójść na spacer w Kolding?” wybrałyśmy sie do przystani. Wycieczka 20-30 minut w jedna stronę. Może być :) Bo ile można obchodzić i oglądać zamek 5 minut drogi od nas?

Patrz Galeria –>

Wielkanoc 2008

środa, Kwiecień 23rd, 2008

Oczywiście jak zawsze – czas zleciał szybciutko, zwłaszcza te parę dni po świętach.

Troszkę dziwnie… jak zwykle zresztą po takim okresie nieobecności w Polsce. Wielkanocne jedzenie nieco się rozlazło – jakoś tak każdy w swoja stronę… hmmm… chyba taka kolej rzeczy.

Muszę pochwalić Ilonę, naszego dzielnego kierowcę! no!

Patrz galeria ––»


Ale po raz kolejny uderzyło mnie, jak ludzie w Polsce są niemili dla siebie. (Ale trudno mnie zadowolić – albo narzekam na słodko-pierdzące zachowanie w Danii albo na nieuprzejmość w Polsce :P ) W każdym razie i Ilona tym razem przyznała mi rację.

Ta nieuprzejmość uderza zwykle w sklepach: scenka w sklepie Terranova- starsza ekspedientka do młodszej: “To jest w takim pudle na zapleczu tam i tamPo jakiś 10 minutach młodsza wraca i mówi z pretensją w głosie, że nie może znaleźć. “No mówię, że jest to tam i tam, w takim i takim kartonie. Wróć i poszukaj!” odpowiada ostro starsza, która mogłaby zresztą ubierać się stosowniej do swego wieku. Młodsza burczy cos pod nosem i wraca na zaplecze… Niby nic ale rzecz nie do pomyślenia w Danii. No co szkodziło tej starszej pójść i pomóc? Nie – musiała pokazać przed innymi kto tu rządzi. Ta młodsza za to nie musiała od razu mieć głosu męczennicy… Za to w sklepie Re-Reserved w Galerii Kopernik młoda ekspedientka nie musiała wyskakiwać (za plecami ochroniarz) do mnie i do mamy mówiąc coś o ilości rzeczy w przebieralni. Nie może spokojnie podejść? Wyglądamy jak złodziejki? Ja miałam ochotę od razu wyjść – nie muszę zostawiać pieniędzy w sklepie obsługiwaną przez taką siksę! No ale mama chciała jednak coś przymierzyć. A siksa hihihihi do ochroniarza… litości! W drugim Re-reserved w centrum, nie mieli takich problemów… Można? Można.

Nie chodzi o to, żeby rzucano mi się do stóp i obskakiwano mnie dookoła. Nie. Chodzi o zwykłe poszanowanie drugiej osoby. Uprzejme, nie nadskakujące zachowanie.

(Żeby nie było, że tak negatywnie o ekspedientach to dodam, że czytałam kiedyś blog osoby, która pracowała w House. Tak się oburzyłam tym, jak tam traktowano pracowników, że od tej pory moja noga w tym sklepie nie stanęła)

No i ochroniarze… a najlepsi są z Rossmann’a. Czasem krok w krok z tobą. Słyszysz ich oddech na ramieniu przy oglądaniu płynów do higieny intymnej, czy chcesz czy nie. No i koniecznie obejrzą co masz w koszyku, fachowo się porozumiewają przez walkie-talkie między sobą; “Sprawdź tego i tego. Przejdź tam i tam” z miną wagi państwowej… W Danii ochroniarzy widać przy większych imprezach, są w dużych centrach handlowych (ale nie zauważasz ich, nie towarzyszą ci przy zakupach a już na pewno nie zaglądają do koszyka!) a w normalnych sklepach pojawia się straż miejska od czasu do czasu. Wejdą, zatoczą kółko i wyjdą…

Człowiek ze wschodu w bibliotece – oddanie książki

poniedziałek, Kwiecień 21st, 2008

Po bodajże trzech tygodniach przyszedł czas na oddanie książek. Zbiegło się to z wyjazdem na Wielkanoc do Polski, więc trzeba było to zrobić przed… i tak codziennie coś i… naszedł dzień wyjazdu a książki nadal w naszym posiadaniu. Chcąc uniknąć kary, już spakowani podjechaliśmy pod budynek biblioteki. W Danii, nawet jak są zamknięte biura, instytucje, to jednak można podrzucić coś przez specjalne otwory. W Svendborgu była takowa z napisem ‘zwrot’.  Przecież tu nie powinno być inaczej…

Musiałyśmy obejść cały budynek ale znalazłyśmy ten otwór. No i osłupienie. Otwór jest zamknięty a obok ekranik z klawiaturą i otwór na kartę.  Ja swojej ze sobą nie zabrałam a powrót do samochodu i jej znalezienie, oznaczałby podwojenie stresu Marcina, bo odjazd do Polski przedłużyłby się – a tego chcieliśmy uniknąć :P   Ilona miała więcej szczęścia. Wsadziła kartę, wstukała kod, otwór się otworzył, siostra wsadziła książkę a ta szybko została porwana przez taśmę i zniknęła po jakiś dwóch sekundach z widoku. Zdumione szybkością taśmy zerknęłyśmy na ekranik a tam napis “włożyć książkę prosto i kodem do góry’. Nie muszę mówić, że wsadziłyśmy książkę losowo… Już było wesoło… po chwili narady stwierdziłyśmy, że moją książkę wsadzimy na Ilony kartę – przynajmniej znajdzie się na terenie biblioteki! o! I tak tez zrobiłyśmy. Na Ilony koncie nic się nie pojawiło odnośnie mojej książki ale – oddałam, tak? :P

Śmiejąc się i potykając, pobiegłyśmy do samochodu…

Minął prawie miesiąc i żadnego ponaglenia nie dostałyśmy, więc chyba się jakoś wyjaśniło…

Człowiek ze wschodu w bibliotece – wypożyczenia

piątek, Kwiecień 18th, 2008

Rzecz może się wydawać banalna – iść i wypożyczyć książkę. A jednak.

Pewnego dnia z Ilonką postanowiłyśmy skorzystać ze sytuacji, że byłyśmy już pod biblioteką i zapisać się do niej. Weszłyśmy, znalazłyśmy panią za stoliczkiem, dogadałyśmy się, dodała nas pani do użytkowników. Stwierdziłyśmy, że nasza kartą biblioteczna będzie nasze tutejsza karta ubezpieczeniowo-zdrowotna – robi też w Danii za dowód tożsamości.

Wszystko poszło gładko. Więc jeszcze znalazłyśmy po książeczce z działu anglojęzycznego, coby już coś na spróbunek wypożyczyć. W Svendborgu wypożyczenie wyglądało tak, że podchodziło się do stołu z napisem ‘wypożyczanie’ (po duńsku oczywiście), wkładało kartę, pisało pin i przejeżdźało kodem kreskowym naklejonym na tył książki. Wiedziona doświadczeniem, odnalazłyśmy taki stół – w miarę z daleko od ludzi na wszelki wypadek. Cóż za prorocza myśl. W Koldingu stół miał jeszcze ściankę, na której znajdował się ekranik. Podeszłyśmy, położyłam moją zdobycz na głaciutkim blacie.

Po pierwsze – gdzieś trzeba wsadzić kartę. Na stole, po prawej stronie znajduje się kilku centymetrowy otwór. Wsadzam moją kartę i po chwili ją wyciągam, bo nie wygląda na to, żeby miała zostać gdzieś wciągnięta jak bankomacie. Na ekraniku pojawia się napis ‘wpisz pin’. No to ja do ekraniku i chce wpisać pin. Numerki znikają i znowu strona powitalna. Hmmm… spróbujmy jeszcze raz. To samo – ja do ekraniku a ten chowa przede mną numerki! Hmmm… może kartę wsadzam nie tak? Bo różnych konfiguracjach przychodzi refleksja – a może ta karta ma tam zostać? Myśl okazuje się być trafiona. Karta leży w niej luzem, przechylona, jakby dziura była za szeroka i za mało głęboka ale klawiatura na ekraniku nie znika! Pin wpisany i zatwierdzony. Zdążyłyśmy się obśmiać.

Opcji nie ma za dużo, więc naciskam ikonkę ‘wypożyczone’. I tu moje pierwsze zaskoczenie – coś już mam na koncie… moja pierwsza myśl: ‘Dali mi konto po kimś innym! i Jakieś zaległe rzeczy mam po kimś! No nie!’ Ale, ale – przecież moim numerem jest mój tutejszy pesel, to niemożliwe żebym ktoś miał identyczny. Zerknięcie na to, co właściwie mam na koncie i… okazuje się to być książka leżąca obok na blacie.

- Hej, przecież tu jest wpisane to, co chce wypożyczyć – mówię do Ilony.

- A jak oni wiedzą, co chcesz wypożyczyć? – odpowiada rezolutnie siostra.

I przychodzi na nas olśnienie – na blacie nie ma nic, oprócz otworu na kartę – nie ma widocznego czytnika, bo… czytnik jest niewidoczny gdzieś na stole a ja przypadkiem położyłam książkę kodem do stołu i czytnik do zeskanował w momencie wpisania pinu…

Jak już skończyłyśmy ryczeć ze śmiechu nad naszym cywilizacyjnym zacofaniem (jakiś nastolatek dziwnie nam sie przyglądał), otarłyśmy łzy, przestałyśmy się przytrzymywać o blat, Ilona powtórzyła moje poczynania bez zbędnych ceregieli. Bramka przy wyjściu nie zapikała więc jednak wypożyczenie poszło!

Oddaliłyśmy się w pośpiechu.

Początek 2008 roku

niedziela, Kwiecień 13th, 2008

Styczeń minął pod znakiem pracy – w SteamLine było zajęte, zdarzyło się pójść w sobotę do pracy… to także poznawanie nowych ludzi tamże przez Ilonkę. To też miesiąc dzikich rajdów po sklepach odzieżowych. Pod koniec miesiąca sklepy atakowały promocjami na każdym metrze normalnie! A że mieszkamy w centrum… Ten miesiąc może podsumować moja wypowiedź: No co – w tym tygodniu kupiłam tylko t-shirta!
Luty był też zabiegany, ale inaczej – w każdy weekend coś: a to urodziny Hansa, to jakaś okazja na proszoną kolację u Janki, urodziny Christine, a to firmowe wyjście do kina i na drinka :) i się kręciło. To także ostateczne wyrzucenie dwóch bardzo gadatliwych osób ze SteamLine.
Marzec to już myśli o przyjeździe do Polski. Aczkolwiek po drodze trza było zwizytować postępy na budowie u Janki – już same roboty wewnątrz. Udało się także wyskoczyć z Wayne’m na pogaduchy na miasto – znalazłyśmy knajpę, gdzie wszystko nie jest doszorowane, nie jest metalowo-plastikowe, halogeny nie czają się co metr, słowem, tak swojsko… W końcu zrewanzowlismy się kolacją Jance i Per’i.

Patrz galeria –>

statystyka