Święta bożonarodzeniowe 2009
Mieliśmy jechać w niedzielę, z noclegiem koło Szczecina ale ostatecznie pojechaliśmy w poniedziałek bez większych przerw. Ze śniegowego miasta wjechaliśmy w zimne Niemcy… temperatura spadała stopniowo o pół stopnia aż zatrzymała się koło -11C. Wiem, ze w Polsce było jeszcze zimniej… Autostrada przysypana. Polska na szczęście nie aż tak, inaczej to chybabyśmy faktycznie jechali dwa dni. Dojechaliśmy.
Już następnego dnia – wizyta w Golubiu-Dobrzyniu, pierwsza wizyta u lekarza i pierwsze leki; wizyta w urzędzie stanu cywilnego. Tam się dowiedzieliśmy, że paszport to ‘tylko’ dokument podróżny a nie dowód tożsamości. Nie, nie mamy nowych dowodów. Tzn, ja mam, ale trzeba go by odebrać… Na Batorego za to dowiedziałam się, że pomimo nieaktualnych książeczkowych dowodów, by dostać nowy muszę zdać stary. No i nadal nie mam dowodu, bo chyba zostawiłam go w Danii. Generalnie straciłam nadzieję, że uda nam się wydostać ‘zaświadczenie o zdolności do podjęcia małżeństwa’ czy jakoś tak. Ale na Batorego udało nam się wydostać kwitki o potwierdzeniu ostatniego/aktualnego zameldowania. I to bez większych ceregieli – temu urzędowi zaliczam to na plus. Gdybym jeszcze wydostała dowód… ale nie można mieć wszystkiego
Z kwitkiem z Batorego udało nam się za to wydostać ‘zaświadczenie’ – działające trzy miesiące. Trzeba jeszcze to przetłumaczyć – na szczęście w duńskich urzędach pracownicy rozumieją angielski w mowie i piśmie i nie potrzebują do każdego świstka przysięgłego tłumacza.
Święta, święta i po świętach – te przebiegły spokojnie i bez ekscesów. Spotkanie rodzinne i przyjacielskie. Niektórzy znaleźli nową miłość, niektórzy ją utracili. Część zmieniła miejsce zamieszkania – życie się toczy. Nadal w tym Toruniu trudno się żyje – konkretnie nie najciekawiej z pracą, z tego co słyszę…
W niedzielę pozbieraliśmy siły na wyprawę dwudniową – Lublin/Bytom. Do pierwszego z miast udaliśmy sie w celu ‘w końcu zobaczenia się’ – chodzi tu o Marcina i Fundację Bartek. Na miejsce dotarliśmy wczesnym popołudniem, dostaliśmy obiadek, zostaliśmy szybko oprowadzeni po starówce i zawiezieni na spotkanie
Dzień pełen wrażeń. Drugi dzień to Bytom – dla mnie region katowicki wygląda podobnie, więc ktoś mógłby mi wcisnąć że równie dobrze jestem w Gliwicach, he he he. A co do leczenie – w miejscu, niestety… oprócz biotraksonu pomysłów brak.
Sylwester – spędzony w Lizard King. Przyzwoity, bez ekscesów, moim zdaniem troszeńkę przepłacony – ale było OKi
Monika z Rafałem w pozytywnych humorach, jedzenie całkiem całkiem, muzyka dobrze dobrana, zespół co prawda nie w moim stylu ale chłopaki sie starały
na godzinkę z kawałkiem zboczyliśmy do Rycerskiej i wróciliśmy wytańczyć się do Lizarda. Chyba między trzecią a czwartą byliśmy z powrotem na Antczaka.
Patrz –> Galeria
Marcin chciał wracać już w Nowy Rok ale na szczęście jakoś wyszło, że wyjechaliśmy w sobotę rano. Nigdy jeszcze przez Polskę nie przemknęliśmy się tak szybko
brak ruchu się znaczy. Ale jak tylko wjechaliśmy w Niemcy – śnieg… i tak już do Danii włącznie. Kolding jak był zasypany, tak zasypany przywitał. Generalnie gmina jakoś zapomniała o odśnieżaniu. Przecież samo się rozjeździ, prawda? Dojeżdżanie rowerem do pracy stało się koszmarem, nie wspominając, że niebezpieczne z powodu lodu…



