Jesień – trzydzieste urodziny

Styczeń 26th, 2010

Powrót do rzeczywistości był dość bolesny – do pracy, samochód strajkował ( w końcu kupiliśmy przechodzonego opla corsę)... o wiele chłodniej – właściwie to jesień. Ciepła ale jesień.

Przeżyłam trzydzieste urodziny, które w Danii, jako osoba niezamężna/nieżonata, przechodzi się dość specyficznie. Generalnie taką osobę można bezkarnie obsypać pieprzem – niejako za karę, tudzież wysłać życzenia z pieprzem.Mnie to ominęło, za to całą noc musiałam chodzić po zakładzie z napisem ‘panna’ (pebermø) z duńskimi flagami a pieprz dostałam razem z drobnymi w skarbonce :) Dobrze, że nie mieszkamy w domku, bo jeszcze stanął by przed nim metalowy konstrukt / samochód ze szrotu / hałda piasku…  – co kraj to obyczaj…

Dla Duńczyków trzydziestka to ważna okazja: “I co przyjeżdża rodzina na urodziny?”, “Co, w weekend impreza? W domu czy na mieście?” A ja się drapie po głowie… “Eee… no, jeszcze o tym nie myślałam….”

Patrz  –> Galeria

W sumie to chcieliśmy wziąć ślub w sierpniu / wrześniu – ale mamy fanaberię wziąć go w Danii. Od Polek ze szkoły językowej usłyszałam, że z tym nie ma problemu – akt urodzenia wystarczy, nawet nie przetłumaczony + ichniejsze podanie. Ale nie, ode mnie zażądano pozwolenia na pobyt (to akurat nie problem) i oświadczenia z Polski, iż możemy zawrzeć małżeństwo (problem) – z zaznaczeniem, że mają być przetłumaczone. Ech, tylko oświadczenie trzeba (oczywiście) podjąć osobiście w naszym wypadku w Toruniu… a nie wybieraliśmy się do Polski co najmniej do grudnia. I tak plan został przeniesiony w czasie a ja paradowałam z pebermø na plecach…

Hiszpania – ostatnie dni, uwagi i powrót

Styczeń 16th, 2010

Następnego dnia Ania i Marcin stwierdzili, że się spalili poprzedniego dnia i nie najlepiej się czują. Fakt, wyglądali jak dwa raki. Zostali w domu. Ja smarowałam się zacięcie kremami z filtrami, więc nic mi nie było. Ba – z przerażeniem stwierdziłam, że jestem blada jak byłam.  Postanowiłam więc ruszyć na plażę (bez smarowanie się – szaleństwo). Jak na złość, po pół godzinie na plaży, pojawiły się chmury. Skończyło się na kąpaniu. Spacerkiem wróciłam do mieszkania, po drodze wstępując do Lidla i kupując czarny, solidny, pełnoziarnisty chleb. Taki sam można kupić w Danii. W tym czasie Marcin z Ania zbudowali podręczną rynienkę do kapiącej wody z termy. Sąsiadka przyszła się awanturować, że jej na taras kapie.
Wieczorem wyprawa na deser.
Czwartek – to ostatni spacer, zakupy…

Uwagi:

• Niewątpliwym minusem mieszkania były mrówki faraonki... generalnie skończyło się na chowaniu niemal wszystkiego do lodówki. Zawsze wywąchały gdzie jest śmietnik. Znaleźliśmy pozytywny punkt : ta gdzie są faraonki, nie ma niczego innego. A mogły być karaluchy. Widzieliśmy parę takowych spacerujących wzdłuż ulicy. Faraonki wydały nam się jednak higieniczniejsze.
• Muszę się przyznać, że ładnych parę dni wypatrywałam skrzynki pocztowej. Instynktownie szukałam czerwonego blaszanego pudła zawieszonego gdzieś na murze, ścianie, względnie wolno stojących na jakiś rurach. A błąd. Trzeba było wyglądać żółtego wielkiego obiektu hydrantopodobnego (patrz tu – niestety, zdjęcie nie ukazuje skali).
Apteki w Walencji występują równie licznie jak w Polsce. Plus podają temperaturę na elektronicznym szyldzie.
• Coś do czego, nie wątpię, można się przyzwyczaić, to okrągłe klamki pośrodku szerokości drzwi. Takową mieliśmy u nas w mieszkaniu. Wzbudzało w nas paranoję, iż pewnego dnia drzwi się za nami zatrzasną, a wszyscy zapomną wziąć klucza :) ta nasza okrągła kula/klamka, zdawała się nadawać tylko do popchnięcia drzwi – nie dawała się obracać czy dać wcisnąć…
• Ciekawym posunięciem były pasy tylko dla taksówek i autobusów – problem korków dla osób poruszających się tymi środkami transportu był minimalizowany. Sprytniutkie. W ogóle ulice Walencji są kilku pasmowe, często jednokierunkowe.
• Inna sprawa to poruszanie się pieszych. Ci wydawali się poruszać jakimś znanym im sposobem, który nie współgrał ze znakami i światłami. Niestety byliśmy za krótko, by go przyswoić. Po prostu ruszaliśmy za tłumem :) parę razy serce mi przyspieszyło.
• Widziałam też tramwaje – podobne do toruńskich. Jakaś linia podjeżdża w okolice plaż.

Generalnie podsumowując – mogliśmy się lepiej przygotować. Ja osobiście liczyłam na to, że duża ilość Hiszpan będzie mówić po angielsku i jakoś to się ułoży. Błąd. Trzeba być przygotowanym na opcję nie mówienia po angielsku. Lepiej się rozczarować pozytywnie niż negatywnie… więcej bez planów postaram się nie wyjeżdżać.

Droga powrotna znów z przesiadką: Walencja – Zurych i Zurych-Kopenhaga.
Pierwsza część przebiegła znakomicie. I mówię z całym przekonaniem: jeśli możecie wybrać linie Swiss, to ją bierzcie. Świetna, miła, cierpliwa obsługa (w końcu płynny, zrozumiały angielski i niemiecki – łezka szczęścia), samolotowi niczego zarzucić nie można było. Niestety, już jak dolatywaliśmy do Zurychu, kapitan poinformował, że z powodu złej pogody (burza) lotnisko zostało zamknięte. Na ekranikach widzieliśmy, na które loty już się nie zdąży  tudzież, które są przesuwane. Także już od początku wiedzieliśmy, że nie zdążymy. Lista się wydłużała. Spędziliśmy jakieś pół godziny więcej w powietrzu, kołując . Podobno przez okienko było widać też inne samoloty – nie dociekałam, bo przez turbulencje odezwała mi się choroba lokomocyjna… już myślałam, że ‘poturbulujemy’ do innego lotniska ale jednak otworzona lotnisko. Wylądowaliśmy bez problemów.. I zaczęła się gehenna…
Bieg do informacji. Oczywiście już kolejka przed nami i za nami… pasażerowie z innych spóźnionych lotów… staliśmy tam chyba z dwie godziny, ludziom puszczały nerwy, niektórzy odchodzili w miarę zadowoleni, inni załamani (np do Hamburga już dziś nic nie odlatuje). Wreszcie nasza kolej. Dowiedzieliśmy się, że dla jednego z nas, miejsce na pewno jest, dla pozostałej dwójki – nie wiadomo, trzeba się zgłosić tam i tam… i to spojrzenie po sobie – no to kto leci? Marszo-bieg przez kontrole i zgłoszenie się z biletami do bramki wejścia do samolotu. Stanęliśmy przy biurku chodź nikogo nie było. I warto było warować, bo cała trójka dostała miejsca w SAS-ie. Pan wręczając nam bilety wydawał się nie pocieszony, że nie może posadzić nas razem. A my odchodziliśmy szczęśliwi, że się dostaniemy na pokład… a ten nam o wspólnym siedzeniu…
Na pokładzie przy wejściu duńskie gazety, wszystkie miejsca zajęte, język duński zewsząd.

Koniec końców, całość skończyło się tylko trzygodzinnym opóźnieniem dla nas…

Ach – wyraz na Ani twarzy, kiedy okazało się, że w SAS-ie trzeba zapłacić za posiłek – bezcenny. W Lufthansie, Spain Air i Swiss-ie to było w cenie. A w skandynawskim SAS-ie NIE. I jeszcze w broszurce napiszą, że wybierając tanie linie lotnicze, można się spodziewać dodatkowych, niespodziewanych kosztów… tupet to mają.

Hiszpania – Sagunto

Styczeń 4th, 2010

We wtorek ruszyliśmy na stację kolejową i po zapłaceniu około 4 Euro od osoby, każdy miał bilet w jedną i druga stronę.
Mieliśmy jakąś dobrą godzinkę do odjazdu, więc poszliśmy na spacer i tak właściwie za winklem trafiliśmy na bazar rozłożony wzdłuż ulic. Ciuchy, pierdołki, zegarki, obrusy, pościele, roślinki, paski, torebki – wszystko bliżej nieokreślonych firm ^^ Ale wiem, gdzie można by było w Walencji za tani pieniądz się ubrać O_o

Po godzince wróciliśmy na dworzec. Przystanek docelowy znajdował się koło górki, na której ostały się ruiny twierdz. Zagłębiliśmy się w miasteczko – labirynt ulic i uliczek rozłożonych wokół wspomnianej górki… wiele starszych domów wygląda na moje oko tak: wąski budynek, jedno-piętrowy, szerokie drzwi i nad nimi balkon tj drzwi balkonowe z barierką lub balkonik szeroki na sporą doniczkę… do całości dodajmy względnie okna poboczne. Mix domów zadbanych i niezadbanych, a także ulic wznoszących się łagodnie jak i stromo, liczne rośliny doniczkowe: na schodach, przy drzwiach, na balkonach, tarasach, parapetach. Kościoły stykające się z domami. W prześwitach między budynkami widać było ruiny – tylko jak do nich podejść?
Tak prąc naprzód, dotarliśmy do małego ‘ryneczku’ z paroma restauracyjkami. Niektórzy byli głodni. Za pomocą szczątkowego hiszpańskiego i trochę machania rękami dowiedzieliśmy się, że koło południa to my tapas możemy co najwyżej dostać. No to coś każdy wybrał: frytki, sałatka rosyjska i melon z szynką.
Ruszyliśmy dalej i w końcu dotarliśmy do drogi prowadzącej do ruin… uff… zaczęły się widoki (miasto, pola, góry i morze) :) oraz brzęczenie cykad. Po prawej stronie minęliśmy odremontowany teatr rzymski. Za bramę wiodącą do zamku, w cieniu budynku w stylu starożytno grecko-rzymskim (nie znam się ) siedział pan z laptopem i wręczał bilety, choć wstęp wolny. Pewnie liczą turystów. Gorąco. A my już wiedzieliśmy, że duzó będzie do obejścia…
Sagunto / Sagunt było w czasach starożytnych osadą Iberów, następnie grecką kolonią Saguntum, a od III w. p.n.e. sprzymierzyło się Rzymem – do tego czasu znane pod nazwą Arse; Kartagińczycy w 219 p.n.e. zdobyli Sagunto  pod wodzą Hannibala, co doprowadziło do wybuchu II wojny punickiej; około 212 p.n.e. dostało się pod panowanie Rzymu; w VIII w. zajęte przez Arabów, którzy władali miastem do 1248; dopiero w 1. połowie XIII w. włączone do Aragonii. W średniowieczu znane jako Murviedro.
Widoki – przepiękne, w jakąkolwiek by nie spojrzeć stronę. Zamek był budowany i zmieniany po kolei przez Iberów, Kartagińczyków, Rzymian, Maurów i Francuzów. Długaśny pas murów pochodzi głownie z okresu arabskiego i francuskiego.

I tak zaczęliśmy to wszystko obchodzić. I parę kilosów zeszliśmy… nawet dzisiaj ruiny robią wrażenie – co dopiero w czasach, kiedy to tętniło życiem. Zabezpieczono tylko co najbardziej niebezpieczne elementy, także można było swobodnie spacerować i zaglądać w zakamarki – na ile pozwalały liczne kaktusy (nigdy, ale to nigdy nie dotykajcie żadnej części tych podstępnych roślin, nawet jeśli nie widać kolców, i nawet jeśli coś wydaję się być owocem :P ) Ania z Marcinem się przypiekli – ja tam co rano smarowałam się mazidłami przeznaczonymi na bycie w słońcu :P Pękły moje ukochane okulary przeciw słoneczne. Większość czasu więc mrużyłam oczy od nadmiaru światła.

Czy było warto to zobaczyć?
Pewnie! :)

Patrz ––› Galeria

Tego popołudnia padliśmy…

Hiszpania – centrum / starówka w Walencji

Grudzień 20th, 2009

W Walencji uwielbiają bagietki. Bagietki wszelakiej wielkości… o ciemnym pieczywie można zapomnieć. W piekarno-cukierni można za to zaopatrzyć się w przeróżne ciasteczka i rogaliki-croissant. Dooobre :) Niestety nim się zdecydowałam zrobić zdjęcie – już go nie było. Mówię o torcie z przystrojeniem w bramkę od piłki nożnej z balonikami. I nie było to płaska kompozycja :O

W niedzielę znów zalegliśmy na plaży. Woda – słońce – kukurydza. Ciepłooooo … a w ramach ruchu wieczorny spacer do pasa zieleni i urzędowanie na placu zabaw :)

Poniedziałek to wyprawa na starówkę-centrum. Nowsza część robi wrażenie rozmachem budowli. Te wielkie partery, zdobienia, place…
Starsza część miasta charakteryzuje się wąskimi uliczkami.  Domy są wysokie, więc wypatrywanie zabytków było dość ciężkie. Zwłaszcza, że kościoły tamtejsze stykają się z innymi budynkami. Jeśli coś interesującego się widziało, trzeba było od razu podążąć za widokiem :) O ile nie stało się na jakimś placu, to trudno często było zrobić zdjęcie – z braku miejsca wlaśnie. To co odróżnia stare budynki polskie a hiszpańskie to rodzaj budulca. W Polsce to ciemne cegły, w Hiszpanii – jasne (tudzież jakieś jasne kamienie). Coś innego :) i tak, warte zobaczenia. Szkoda, że tak poszliśmy bez przygotowania – może warto byłoby wcześniej pójść do jakiegoś punktu informacyjno-turystycznego. A tak, nasza wycieczka była bardzo chaotyczna: na początku z mapą, potem co przyciągnęło nasz wzrok… i tak się błakaliśmy :)
Weszliśmy do katedry – 4 euro od osoby + dokument jako depozyt za urządzonko, przypominające starą komórkę. W katedrze w rożnych miejscach mozna było napotkać numery – wciskając określony numer i przystawiając ‘telefon’ do ucha, można było odsłuchać opis/historię danego obiektu/części. Duża budowla. Warta odwiedzenia.

Na koniec zgłodnieliśmy i przysiadliśmy przy stoliku w dość wąskiej uliczce. I tak za 10 Euro od osoby mieliśmy przystawkę, danie główne i deser. Pyszniutkie. Ku przestrodze napiszę, że jeśli zamówicie kiedyś młode kalmary w cieście – mogą na was patrzeć z talerza… Ania za to już po przystawce (paella) już była dość najedzona… w końcu napiłyśmy się sangrii z owocami. Mniam.

Hiszpania – piatek i sobota

Grudzień 9th, 2009

Piątek

- długie spanie, śniadanie, plaża.

Tak ciepłej wody nigdy nie doświadczyłam. Wychodziłam z niej, bo oczy mnie szczypały od soli. I tylko dlatego :) Nie było głęboko, można było iść i iść. Bez kamieni na dnie, fale… cudownie…  szeroka, z drobnym piaseczkiem. Taka właśnie wakacyjna, czyli polecam - Playa Malvarrosa :)   Ciekawym odkryciem była kukurydza z grilla posypana solą. Pychotka :)

Wieczorem skierowaliśmy się w stronę centrum, mając nadzieje znaleźć El Carme – dzielnicę tętniącą życiem zwłaszcza w godzinach nocnych, jak gdzieś przeczytałam wcześniej na necie, a która nie była zaznaczona na mapie. Błąkaliśmy się błąkaliśmy ale jej nie znaleźliśmy. Znaleźliśmy jakiś łuk, pomniki, fontanny, majestatyczne budynki i wszędobylską paelle atakującą  turystów z wszystkim restauracji, kafejek i barów. Do tego dotarło do nas, że znajomość angielskiego nie jest tu powszechna. A mogłoby się wydawać, że takie wielkie miasto, turyści … a jednak nie. Jedyną nadzieją na angielski byli młodzi kelnerzy… I to nie zawsze. Do pasji doprowadzał mnie fakt, że widziałam jak tubylcy zajadali różności a nam podsuwano karty z paellami i nie było sposobu by powiedzieć, że chciałam coś innego niż paella lub tapas (zakąski, przekąski). Po powrocie do Danii doczytałam, że paella pochodzi z Walencji – pewnie  dlatego też katują nią turystów… Tamtego wieczoru poprzestaliśmy na San Miguel (piwo) i kawie w mikro szklaneczce to tu, to tam… na znak protestu.

Jeszcze jedna sprawa – mleko. Przez pierwsze dni zapijaliśmy się zimnym mlekiem. Miało smak, który przypominał mleko prosto od krowy. Nie mówię, że to zupełnie to samo, ale tamte z Walencji miało jego posmak. Przepyszne. Ciekawe, czy w całej Hiszpanii jest takie.

Sobota

- Oceanográfico, Hemisferic i jedzonko :)
Marcin od razu poszedł z nastawieniem, że będzie nudno. Ja tam poszłam optymistycznie nastawiona.

Oceanográfico – uważam, że przyzwoicie było. Nie jakoś tam super niezapomniane ale przyjemnie. Jeśli ktoś lubi patrzyć sobie na rybki i stworzonka wszelakie wodne  :P tudzież ptasiory. Ja lubię od czasu do czasu. Nawet czasu mi na to zabrakło, bo musieliśmy się zbierać do kina na wieczór. Ładna aranżacja, nawet jakaś muzyka w tle leciało, co już było moim zdaniem zbędę. O wiele lepiej spędzony czas niż w Muzeum Nauki. Warto.
Hemisfèric – wspomniane wcześniej kino. Podobnie jak w przypadku muzeum i oceanarium, znowu prześwietlono nam torby i plecaki. Dano nam obręcze na głowę – myślałam, że to może rodzaj okularów ale okazało się to po prostu słuchawkami z możliwością przełączenia na angielski (na szczęście Ania zrozumiała z hiszpańskiego, że  jest taka możliwość i co trzeba nacisnąć, bo byśmy słuchali po hiszpańsku…). Wybraliśmy tajemnicę Egiptu – nic o Hiszpanii nie było… Spadek podłogi, na której osadzone były siedzenia, był dość ostry. Całość trwała około godziny i powiem – tak sobie. Nie było to kino 3D tylko obraz rozciągnięty na zakrzywioną powierzchnię, którą trudno było ogarnąć na raz. Powodowało to pewien dyskomfort, mój mózg nie wiedział jak to przetworzyć. Chwilami miałam wrażenie, że jestem za blisko obrazu – a miało chyba dać efekt bycia tuż “przed” albo “w” danym miejscu, co doświadczyłam może z dwa razy, potem oczy mnie rozbolały. Sam film taki sobie, w rodzaju National Geographic – w swoim czasie interesowałam się starożytnym Egiptem, więc rzadne z rewelacji przedstawionych tam, mną nie wstrząsnęły…

Wracając, wstąpiliśmy do restauracyjki, nazwy nie pamiętam tylko ulicę – Eduardo Bosca. Nie pamiętam też nazw tego, co zamówiliśmy, ale było przepyszne (np zapiekane ziemniaki w serze) i nie było to paellą :P Ania wzięła na konie deser, który był zrobiony na mleku/śmietanie tj  lody+śmietana+polewa – znakomite… i jeszcze do tego mówili po angielsku… łezka szczęścia.

statystyka