Hiszpania – dzień szósty – Barcelona cz. II
Przejechaliśmy koło Casa Mila – wielkiego domu / kompleksu, lepiej znanego jako “La Pedrera”; potem mignęła nam Casa Batllo – dzieła Gaudiego na ulicy Passeig de Gracia. Wysadzono nas na Placu Katalońskim (Placa Catalunya). Zakomunikowano nam, że mamy trzy godziny czasu wolnego a Les Rambles, najbardziej znany deptak Barcelony zaczyna się zaraz za winklem. Mieliśmy uważać na złodziei.
Les Rambles ciągnie się od Placu Catalunya ku morzu. Zaraz na początku minęliśmy fontannę Canaletas. Legenda mówi, że ktokolwiek napije się z tej fontanny, będzie zawsze żył w Barcelonie.
Zanurzyliśmy się w tłum. Już po paru minutach miałam wrażenie, że turystów jest więcej niż tubylców. Marcin też. No nic, ruszyliśmy przed siebie. Na początku stało dużo budek z kwiatami. Potem już nie. Mineliśmy barokowy kościół Betlem, budowany w latach 1681-1729. Potem minęliśmy Pałac Virreina, który powstał w latach 1772-1784. Budynek używany jest jako miejsce przeróżnych artystycznych przedsięwzięć, wystaw obrazów i fotografii, rzeźb. To siedziba Muzeum Sztuki Dekoracyjnej. Wzdłuż deptaka stało wiele osób-rzeźb: wróżki, diabły, duże dzieci, rycerze… ci bardziej pomysłowi wzbudzali duże zainteresowanie. Doszliśmy do hali targowej St. Josep, popularnie zwanej La Boqueria. Już wcześniej wiedziałam, że to popularne turystyczne miejsce. Pierwsze wzmianki o La Boqueria sięgają roku 1217, kiedy to ustawiono stoły do sprzedaży mięsa. Tak jak w poprzednich wypadkach, nie wchodziliśmy, nie wiedząc ile nam może czasu na to zejść… w wąskich przesmykach mignęła nam to gotycka wieża, to wysokie ściany kościoła. Znów powstrzymaliśmy się przed pokusą skręcenia… Na co sobie pozwoliliśmy to zejście w wielki neoklasycystyczny plac/dziedziniec zwany Placa Reial. Otoczony stolikami pod parasolkami, i palmami. Pośrodku znajduje się fontanna i lampy zaprojektowane przez… tak, tak. Gaudiego.
Tam też pierwszy raz zwróciłam uwagę na interesujący pomysł na plandekę zasłaniającą remontowany budynek. Bez reklamy! Tak, to możliwe. Za to nadruk przedstawiał wygląd, który osiągnie budynek po remoncie. Coś fantastycznego. Zasłania budowę i nie rani oczy reklamą.
Idąc dalej wzdłuż Les Rambles, przystanęliśmy na Placu Teatralnym koło pomnika Fryderyka Solera, poety i dramaturga, przy tym biznesmena, żyjącego w XIX w. Potem mignął nam szyldzik Muzeum de Cera (wosku). I w końcu doszliśmy do końca Les Rambles. A tam wielki plac de la Pau, na jego środku widziana wcześniej już kolumna z Kolumbem na szczycie (z 1888 r.), wysoka na 59 metrów. Czyli dotarliśmy do morza, bo po drugiej stronie woda i statki. Nie wiedzieliśmy wtedy, że w środku kolumny mieści się winda, którą mozna podjechać na górę i popodziwiać widoki. Przy placu stoi wspaniały teatr, ukończony w roku 1848 – Gran Teatre del Liceu oraz jeden z najlepiej zachowanych budynków miasta, Les Drassanes, ukończony w 1387r.Teraz służy jako Muzeum Morskie. Równolegle do morza, ciągnie się ‘przecinająca’ ten wielki plac autostrada, zwana Ronda Litoral. Nie widać jej, bo ciągnie się pod ziemią, by promenadą Moll de la Fusta mogli poruszać się mieszkańcy miasta i podziwiać widoki. Tak to się robi polscy planiści dróg…
No więc zrobiliśmy w tył zwrot i z powrotem podążając Les Rambles i jej falowany wzór na chodniku. Zrobiliśmy małe zakupy (pocztówki, album, szaliczek
). Przystanęliśmy przy domu zwanym Casa Brono Quadros autorstwa Josepa Vilaseca ozdobione wzorami orientalnymi a konkretnie japońskimi oraz … parasolami. Niedaleko Muzeum Erotyki.
Wróciliśmy na Plac Kataloński, osobiście nie zdawałam sobie sprawy, że mamy jeszcze dobrą godzinę. Obeszliśmy plac. Przysiedliśmy przy fontannach, znów nie mogłam się napatrzeć na szerokie ulice. Kusząca wydała się ulica Passeig de Gracia ale się nie daliśmy. Postanowiliśmy zagłębić się w starszą część: Barri Gotic. Daliśmy się ponieść tłumowi i zanurzyliśmy się w wąskie uliczki. Staraliśmy się nie oddalać od Placu Katalońskiego. Udało nam się trafić nam na fontannę Portaferrissa. Znajduje się w zagłębieniu budynku, zrobiona z kamieni pochodzących z Montjuïc, ma dwa krany a nad nią płytki ceramiczne z wymalowanymi grupami ludzi znajdujących się pod XIII w. murami obronnymi i Żelazną Bramą (Porta Ferrica). Rok powstania – około 1680 r., autor nieznany, płytki są nowe, bo z 1959 r. Trafiliśmy na perełkę: gotycki kościół pod wezwaniem Św. Anny. To było jak przejście w inny świat. Sam kościół był już zamknięty ale dało radę wejść na przynależny dziedziniec z krużgankiem. Cicho, żadnych ludzi. Cień pod łukami, studnia na środku dziedzińca, otoczona palemkami i drzewami mandarynkowymi. Cudeńko…
Wyszliśmy w końcu prosto ciepło i gwar. Powoli poszliśmy na miejsce spotkań. Nawet chyba wszyscy byli o czasie. Wtłoczyliśmy się do autobusu. Przejazd koło Łuku Triumfalnego i areny corridy (Plaza Monumental de Barcelona tudzież Plaza de Toros Monumental), drapacza chmur Akbar i w końcu powrót do Roses…
Teraz z perspektywy czasu się cieszę, że byłam w Barcelonie. Ale pamiętam zaraz po powrocie nie umiałam się do końca ustosunkować. Jak już wspomniałam, Barcelona nas przytłoczyła swoim ogromem. Plus, czuliśmy stanowczo niedosyt, tyle rzeczy do zobaczenia, wstępnie poświęciłabym gdzieś z 10 dni na zwiedzanie. Dwa tygodnie na spokojnie. To miejsce na pewno nadaje się na ‘miastowe’ wakacje, zawsze można sobie zrobić przerywnik na plaży. Po tamtej jednodniowej wycieczce czułam się, jakby ktoś dał mi do posmakowania przepyszne ciastko i dosłownie wyjął mi je z ust…



